KATIE CAULFIELD – Mutual Dreaming (MITW)

Ucieszyłem się na wieść o nowym dziele krakusów. Ucieszyłem się, bo takie zespoły jak Katie Caulfield teoretycznie mają zazwyczaj krótki żywot. Tak więc myślałem sobie, że po nagraniu płyty „Self thistles” zespół po prostu szybko odejdzie w niepamięć, co byłoby wg mnie bardzo złe. Dlatego nowa płyta, wreszcie wydana pod prawilną banderą trójmiejskiego labela Music Is The Weapon, wprawiła mnie w dobry humor. Jednak żyją! Po lekturze płyty uśmiech miałem jeszcze szerszy.

Bo zespół, to trzeba przyznać, nie zmarnował czasu i pozostając nadal tworem mocno neurotycznym i rozchwianym, nagrał płytę, która porusza ukryte w duszy struny. Płytę, która pokazuje jak bardzo szerokim zjawiskiem jest nasza alternatywa, jak wiele imion  ma hałas. I jak wiele w tym worku mieści się różnych smaków. W zasadzie od dawna cała ta dziwna, poszarpana scena rozjeżdża się w różne strony, jednak Katie udało się dokonać czegoś w rodzaju wstępnej syntezy tego co tu i ówdzie słychać, oczywiście we własnych, indywidualnych szatkach. Twórcy płyty nie stracili nic ze swojej arogancji, nadal roztrząsają gitarowe granie po swojemu, dojrzeli i złapali równowagę. Choć jednocześnie podkreślają, że ta płyta to jedynie kolejny krok, etap przejściowy. Jeśli tak, to już jestem ciekawy, którą ścieżkę wybiorą, bo furtek jest na „Mutual Dreaming” co najmniej kilka.

Być może największym zaskoczeniem będzie to, że swoje gitarowe preparacje pięknie rozimprowizowali. Momentami do tego stopnia, że słuchając „Mutual Dreaming I”, pomyślałem, że mam do czynienia z nieznanym kawałkiem Lonker See. Śmieszne, prawda? Jeśli ktoś jednak myśli, że to koniec zaskoczeń, wsiąknie jeszcze bardziej przy jedenastominutowym „Mutual Dreaming II”. Bo tu też znajdzie ową improwizację, bardzo swobodny lot, jednak zespół świetnie przełamuje klimat tego eksperymentu, w połowie numeru skręcając zaskakująco w rejony hałaśliwego shoegaze, który ostatecznie zdycha w otoczeniu noise’owych płomieni. Pokerowe wyczucie KC pokazuje za to w „Wzajemności”, bardzo minimalistycznej, przestrzennej kompozycji, ciążącej w stronę lekkiego transu, choć i tu, gdzieś w ósmej minucie wrzucają mocny, zgrzytający przester. No i potrafią też w ballady, bo tak muszę nazwać „Mutual Dreaming III”, choć tu spokój podszyty jest z kolei freak jazzowym bałaganem na perkusji. Ot, fantazja. Niejako w opozycji do tych rozbudowanych form stoją krótkie, rozdzierające serce piosenki. Emo kojarzące się z Kingiem Krule w „Wedding”, sonikowy, rozdzierający „Balloon” czy lekko grunge’owy, dwuminutowy „Forget me not” dopełniaja obrazu tego nietuzinkowego krążka.Katie

W wywiadzie jakiego zespół udzielił nam przy okazji debiutu, prorokowali, że kolejna płyta (czyli właśnie „Mutual Dreaming”) będzie spokojniejsza a następna ma być dzika i hałaśliwa. Sam nie wiem, czy im wierzyć, ale jeśli spełnią swoje obietnice, to możemy być świadkami przejęcia alternatywnego tronu nad Wisłą. Choć na dzień dzisiejszy „Mutual Dreaming” jest płytą w swoim rodzaju proroczą, pokazującą, że można bez problemu połączyć alternatywę z jazzem, ciężki riff z psychozą, ani na moment nie zatracając własnego charakteru, autentyczności i firmowego smutku. Miejcie na nich baczenie, bo są niebezpieczni!

Arek Lerch