JESIEŃ – Jeleń (Music Is The Weapon)

Niezwykłe są losy tej płyty, która miała powstać nieco wcześniej, ale wskutek różnych zakrętów losu, dopiero dzisiaj ogląda światło dzienne. To jednak jest w tym przypadku nieistotne, bo najważniejszy jest fakt, że mamy do czynienia z dziełem bardzo poważnie pretendującym do miana jednej z płyt tego roku. Połączenie muzycznej wrażliwości, bezkompromisowości i talentu zapładnia Jelenia nieokreślonym niepokojem, magnetycznym pulsem, który wciąga, drażni i nie pozwala przejść obok krążka obojętnie. Zobaczymy, co zrobi z nią nasz krajowy biznes, ale na razie nie widzę innej możliwości jak sukces. Oczywiście – w określonych kręgach.

Sukces, rzecz jasna, artystyczny, bo raczej nie wyobrażam sobie, że ten jeleń wlezie z brudnymi kopytami na salony, gdzie zadowolona branża głaszcze się po przyrodzeniach, wspominając czasy swojej młodości. Widok tych muzyków mógłby im uzmysłowić, że są starymi klezmerami i czas schować się do szafy śmierdzącej naftaliną. Jesień przede wszystkim niczym się nie przejmuje. Debiutancki mini album był dużo spokojniejszy, melodyjny wręcz. W ciekawy sposób nawiązywał do amerykańskich nurtów z przedrostkiem „post”. Dlatego nie spodziewałem się, że na nowej – dużej płycie – zrobią taki ostry zakręt. W zasadzie pod każdym względem, choć w pierwszej kolejności skonstatowałem ze zdziwieniem, że… słucham słów! Faktycznie, liryki w fajny sposób podążają za muzyką. Chciałbym tu użyć słowa poezja, ale wiem, że zespół niespecjalnie takowe lubi, jednak trzeba przyznać, że w stosunku do „O” mamy tu do czynienia z dużo większym ciężarem gatunkowym. Dadaistycznie poszarpane zwroty, strzępki komunikatów układają się w dziwny kolaż. Nieco paranoiczny, na pewno niepokojący. A przecież o to chodzi, żeby się trochę pozastanawiać a nie tylko bezmyślnie machać łbem. Kolejna sprawa czyli zdecydowanie nerwowa muzyka. Oczywiście, wywodząca się z amerykańskiej tradycji, hałaśliwa, ale tym razem nieprzewidywalna, łamiąca się w nieoczekiwanych momentach. Taka… polska. W dobrym znaczeniu. Utwory przykuwają uwagę, człowiek zastanawia się, co będzie dalej, gdzie znowu kapryśnie podskoczą albo się przewrócą. Faktycznie – pomysłów jest tu całe mnóstwo, bo płyta jest długa (64 minuty!), ale – i tu kolejne zaskoczenie – wcale nie męczy; kiedy wybrzmiewają ostatnie takty blisko dwunastominutowego wałka „Dziewczyny z Kurska”, wręcz zdziwiłem się, że to już…JJ

Paradoks tej płyty polega na tym, że wychodząc z prostej, niemal garażowej, noise rockowej podstawy, Jesień potrafi skierować muzykę w miejsca, gdzie nikt się ich nie spodziewa. Np. jazzowa narracja, pojawiająca się w „Hawajach” a w szczególności w „Paluszkach”. Ten utwór jest zresztą dla płyty symptomatyczny. Mamy zatem niemal improwizowany puls, wjazdy „pijanego” saksofonu, trans a im dalej w las, pojawia się coraz więcej hałaśliwego brudu i wściekłości. To zagęszczenie faktury jest istotne, bo pokazuje w jaki sposób zespół panuje nad dźwiękami – mimo ewentualnych obaw, całość narracji jest pod pełną kontrolą.  Uznanie budzi fakt, że zespół równie dobrze czuje się w tych krótszych, gwałtowniejszych odsłonach (zadziorny „Czarnoksiężnik w amoku” czy niemal noise’n’rollowy „Postaw”) jak i rozbudowanych kolosach, których na „Jeleniu” nie brakuje. Nie wiem, czy celowo te krótsze formy zostały wyrzucone na pierwszy plan, ale dopiero druga część płyty zdradza większy ciężar gatunkowy nowej muzy Jesieni. Zaczyna się od rewelacyjnego songu „Do Bozi”, gdzie zespół połączył trans GvsB ze zgrzytliwością wczesnego Sonic Youth, dodając do tego naszą, słowiańską tęsknotę, gdzieś w tle. Jest „Pokoik”, w temacie aranżacji i stopniowania napięcia brat bliźniak „Paluszków”. I wreszcie „Dziewczyny z Kurska”. Poprzedzony – i tu padnie słowotwór potworny – post rockową balladą „Czemu”, finałowy song to szczyt możliwości tego składu, dbałość o napięcie, niepokój i hipnoza. Do tego dochodzi dość enigmatyczny tekst, budzący zaciekawienie z oczywistych względów tytuł i  rozmach, o który Jesieni  dotychczas nie posądzałem.

Rzecz jasna – przedstawione tu przykłady to jedynie wyrywki z tego obszernego materiału. Jesień przedstawiła na nim wiele dróg i ciekawych inspiracji, nie zdradzając jednocześnie, która ze ścieżek zostanie w przyszłości podjęta. To komfortowa sytuacja i dowód na niezwykły talent tych trzech panów. Dzięki nim krajowej alternatywie nie grozi stagnacja. Słuchajcie i podziwiajcie.

Arek Lerch

Zdjęcie: Radek Soćko