JACK WHITE – Boarding House Reach (XL/Sonic)

Czy będzie to największa niespodzianka roku 2018? A może największy syf, jaki wypuściła scena muzyczna? Jeśli w najbliższych dziewięciu miesiącach pojawi się na świecie płyta, która wzbudzi większe od „Boarding House Reach” Jacka White kontrowersje, materiał, który wywoła masowe ciąganie się za łby, odszczekam poniższe słowa.

Jakimś wielkim fanem White’a nie byłem nigdy. Owszem, zarejestrowałem płyty The White Stripes, ale znałem lepsze rzeczy w tym stylu. Solowe poczynania Jacka śledziłem z zainteresowaniem, ale cały czas wydawało mi się, że szum wokół tego faceta jest jakiś sztucznie nadmuchany. Bardziej traktowałem go jako zdolnego kuglarza, co potrafi ustawić się w odpowiednim miejscu i czasie – to mu się udawało. Tu nagrał jakiś fajny kawałek, tu założył ciekawy zespół (np. The Dead Weather) dyskutował w filmie „Będzie głośno” o gitarze, za partnerów mając Jimmy’ego Page’a i The Edge’a, słowem, zawsze był w centrum, ale jakoś nie mogłem namierzyć płyty, która zostałaby ze mną na dłużej, choć „Lazaretto” nie mogę odmówić stylowej produkcji i paru świetnych riffów. Ale to wszystko ujęte razem, daje obraz człowieka, który mógłby wiele, ale za bardzo nie chce ryzykować. Aż do dnia dzisiejszego.Jack White Approved Press Photo _2 by David James Swanson

Sam nie wiem, dlaczego Jack po w sumie klasycznych i jednak, jakby nie patrzeć, zachowawczych produkcjach nagle zapragnął zaszaleć. Już okładka może zdziwić, a nawet zdenerwować, choć jest bardzo wyraźną zapowiedzią zmian. Nie, to nie są zmiany a raczej nowe narodzenie naszego bohatera. Schizofreniczna próba zrozumienia tego świata, a może nostalgiczna podróż przez wszystko, co podczas muzycznej drogi – a także wcześniej – się wydarzyło. Nade wszystko  jest zaś ta płyta próbą pokazania jak nieograniczona i zaskakująca jest ta przestrzeń, w której Jack się porusza. Pokazania, że muzyką można się bawić, kombinować, zmieniać, ciąć i tworzyć nową jakość. Płyta „Boarding House Reach” dość przewrotna, bo przecież składniki są znane od dawna a jednak sposób ich podania może być przyczyną niestrawności. Jack bawi się tu elektroniką, sampluje w zasadzie wszystko, tnie, miesza ze sobą, łącząc rock’n’rolla z rave, starą progresję z disco, gitarowe brzmienia przetwarzając czasami w dziwaczny, do niczego nie pasujący sposób. A nade wszystko unika klasycznych, dających się logicznie przewidzieć aranżacji. Nawet promocyjne posunięcie z wydobyciem na pierwszy plan „normalnego” (jak na opisywany tu materiał…) kawałka „Connected by Love” jest szalone, bo tak dziwaczną/nietuzinkową i w sumie wymagającą płytę reprezentuje najgrzeczniejsza kompozycja w zestawie. Płyta jest dziwna, dziwne są słowa a całość jest czymś w rodzaju pozornie bezsensownego komunikatu, który zostaje wrzucony w przestrzeń. Jack zachowuje się tu niczym muzyczny Picasso i po raz pierwszy jestem w stanie zaakceptować jego podróż. Bo czas spędzony z płytą jest za każdym razem ekscytujący i za każdym razem odkrywam w tej układance coś nowego. Nie wiem też, jak ostatecznie nazwać to co White stworzył. W każdym razie, na pewno nie jest to rock’n’roll. Może jest to dobre, a może się mylę i jest to tylko amuzyczny kaprys?  Gratulacje za odwagę…

Arek Lerch