JACHNA/TARWID/KARCH – Sundial II (HevHetia)

O tym skąd pochodzą oraz jak rozwijała się kariera trzech panów tworzących opisywany tu projekt, pisaliśmy już na naszych łamach, zatem nie chce mi się ponownie na ten temat specjalnie rozwodzić. Krótko: jeśli lubicie jazz, nie żaden urokowiony i ufankowiony muzak dla stacji radiowych, ale szczery, surowy i w sumie raczej mało rozrywkowy w formie kawał szczerego grania, „Sundial II” może przypaść Wam do gustu.

Nie bez kozery recenzja tej płyty pojawia się tuż obok peanów na temat LAM. W zasadzie są to dla mnie podobne światy. Trzech instrumentalistów, podobnie jak trio, którym dowodzi Wacław Zimpel, obywa się bez basu; mamy fortepian, perkusję i trąbkę. Umiejętności oczywiście akademickie, ale po raz kolejny spotykamy się z sytuacją, że zamiast szalonych, rozbudowanych improwizacji mamy zabawę dźwiękiem, smakowanie każdej nuty i budowanie klimatu. W stosunku do LAM, „Sundial II” pokazuje jednak bardziej klasycznie brzmiący, jazzowy tygiel. Może za sprawą trąbki, może frazy fortepianu tak mnie nastrajają, kto wie?sundial

Pierwsza rzecz, która powala – oszczędność. Mało dźwięków, raczej dbałość o ich rozplanowanie w przestrzeni tak, by tworzyły spójny szkielet. Układ instrumentów powoduje, że miejsca jest dużo, jednak zespół sprawia wrażenie pewnego wycofania; nie wychodzi do słuchacza, raczej odwraca się do niego plecami, zamykając się w swoim świecie. Uchylone drzwi, czyli pewna forma igrania z jazzową konwencją, pozwalają na jakąś interakcję, jednak bez nawiązywania dialogu. Siadamy i słuchamy. Muzyka rozpościera się między oszczędnymi plamami fortepianu, delikatnie zaznaczoną perkusją i obijającą się między nimi trąbką. Zachwycają konstrukcje utworów, sposób budowania napięcia między muzykami. Trzeba dłuższej chwili by przyzwyczaić się do sposobu komunikacji, złapać klimat. Zachwycają chwile zawieszenia akcji, szczególnie w kawałkach („Aftenen” czy „Carol”), które trochę wprowadzają w błąd, bo zespół potrafi zaszaleć – w „Mirror of a Thousand Flowers” zaskakuje niemal industrialną atmosferą w drugiej części, potwierdzając tym samym, że zespół potrafi podejść do swojej twórczości mocno nieszablonowo. Najlepsze momenty? „One for Hedgehog”, „Money for AP” i „Spirited Away Song” w których dzieje się baaardzo dużo – od spokojnych, przestrzennych dźwięków, po awangardowe poszukiwania. Przyznaję, że dopiero po którymś kolejnym przesłuchaniu zacząłem odkrywać niuanse  i bardzo kreatywne podejście muzyków. Wszystko jest na swoim miejscu, nie ma momentu, w którym słuchacz może się nudzić. Choć  – co podkreślam – nie jest to muzyka w czysto rozrywkowym rozumieniu.

To bardzo dobra płyta, pokazująca, w jakim miejscu znajduje się polski, młody jazz. Czerpiący z klasyki, ale bez obawy transponujący te elementy na współczesne rozumienie improwizacji, która nie polega na dźwiękowych fajerwerkach, ale bardziej na budowaniu zawiesistego, hipnotyzującego brzmienia. Nie jest to płyta dla wszystkich, trzeba dać jej czas. A najlepiej zobaczyć zespół na żywo, bo mam wrażenie, że w wielu miejscach zarysowana forma kompozycji jest tylko sugestią i przedsmakiem koncertowych wspaniałości.

Arek Lerch

Foto: Krzysztof Machowina