JACHNA/MAZURKIEWICZ/BUHL – Dźwięki ukryte (Instant Classic)

Pisanie o dżezie to trochę jak pływanie z prawą ręką przywiązaną do lewej nogi. Szaleńcowi się uda, zawodowy pływak też wyjdzie z opresji. Amator utonie, uprzednio narobiwszy sporego szumu. Zatem, postanowiłem zrobić trochę szumu i skonfrontować się z płytą, która ostatnimi czasy bardzo często gości w moim odtwarzaczu. I choć nie zawsze poddaję się jej urokowi, obiektywnie muszę oddać sprawiedliwość – to jedna  z najlepszych płyt z jazzem dla mas. Oczywiście, mas w rozumieniu człeka choć trochę obytego z improwizacją.

Śmieszy już na samym początku fakt, że za wydawanie płyt z jazzem (yassem?) zabierają się wytwórnie spoza środowiska. I bardzo dobrze, bo dzięki Instant Classic muzyka improwizowana ma szansę trafić do alternatywnego światka, który w ostatnich latach skręca z piskiem opon w stronę muzyki transowej, rozjechanej, free i jak tam tego jeszcze nie nazwiemy. A panowie Jachna, Mazurkiewicz i Buhl jak mało który artysta mogą naszym „niezalowcom” objaśnić jak się improwizuje. Koloryzuje. Klimatyzuje. Trudno znaleźć jedną, fajną nazwę na to, co słyszymy na „Dźwiękach ukrytych”. Jest taki strasznie obciachowy/tandetny zwrot „malowanie dźwiękiem” i choć czuję jego przaśność, cały czas przychodzi mi na myśl, kiedy słucham tej płyty. Bo o to w zasadzie tu chodzi – o odkrycie pierwotnych barw instrumentów jakimi posługują się muzycy. Odrzucenie tradycyjnie pojmowanych form, rytmiki, harmonii itp. na rzecz zabawy z fakturami brzmieniowymi to podstawa tej płyty. Jeśli dodamy do tego fascynację szeroko pojętym ambientem, powoli dojdziemy do sedna sprawy.JMB

Utwory na płycie dzielą się w zasadzie na dwie kategorie. Pierwsza to te, mieszczące się w kanonie jazzowym, prezentując hałaśliwe, rozedrgane i nieokiełznane improwizacje. Momentami zespół bawi się tu dźwiękiem niczym kot myszą, rzucając nim na wszystkie strony (gwałtowna „Kujawska jucha”), udaje się w długie, kapryśne wycieczki w „A Ya” czy w rozchełstanym „Ya Yeti” a czasami ociera się o awangardowe poszukiwania w „Opowieściach flisaków”, gdzie zaczyna się też to, co na tej płycie podoba mi się najbardziej, czyli powolne, medytacyjne wydobywanie z instrumentów tych najwłaściwszych, niezwykle plastycznych faktur. W tej kategorii przoduje „Dawny świat” – długie, elektroniczne rozwinięcie, przechodzące w hipnotyczny trans generowany świetnie stukającymi bębnami. Do tego dźwięki trąbki, dopełniające obraz. W poszukiwaniu najwłaściwszych barw sekcja przypomina mi tutaj genialny duet Michał Miśkiewicz/Sławomir Kurkiewicz, szczególnie z okresu „Soul of Things” Tomasza Stańki. Na naszej płycie mamy podobną wrażliwość w budowaniu zawieszonej, nieco odrealnionej atmosfery, często przy pomocy jednego, odpowiednio brzmiącego elementu. Muzycy często wzbudzają swoje instrumenty i pozwalają raczej płynąć dźwiękom, jedynie delikatnie pomagając im obrać właściwy kierunek. Znakomicie wypada na „Dźwiękach” perkusja, która okazuje się być tu instrumentem bardziej melodycznym niż rytmicznym. Trąbka to zupełnie osobny temat. Idealne frazowanie, świetna barwa (rzecz jasna, zawsze będzie przywoływać na myśl Tomka Stańko…), pomysłowość. I oszczędność, co warto dodać, bo nikt tu nie próbuje narzucić innym dyktatury, raczej każdy z muzyków usuwa się w cień, co szczególnie dobrze wychodzi w klarownych, hipnotyzujących ilustracjach „Nie wiem, myślę”, czy czystych, ambientowych podróżach „Eskimo” i „Stacja Fordon”.

Mnóstwo barw, bogactwo pomysłów, sytuujących płytę gdzieś na rozdrożu między nu jazzem, free a czymś w rodzaju swego czasu popularnej muzyki new age. Oczywiście, w przypadku „Dźwięków ukrytych” mamy do czynienia z odświeżeniem formy i muzyką bardzo na czasie, w zgrabny sposób łączącą tradycję z nowoczesnym, odważnym spojrzeniem na alternatywne dźwięki improwizowane, w dodatku nagrane w starej, zniszczonej bydgoskiej Synagodze…

Arek Lerch