INTER ARMA – Sulphur English (Relapse)

A gdyby tak rzucić wszystko i nagrać najlepsze kawałki Morbid Angel (od wielu lat) nie grając w Morbid Angel? Nie wiem, czy muzycy Inter Arma mieli tak przewrotny plan, ale wiem, że nawet, jeśli niezamierzony to osiągnięty efekt jest w pewien sposób oszałamiający. Większość zespołów „okołosludge’owych” wraz z rozwojem pomysłu na siebie łagodzi brzmienie i coraz mocniej operuje przestrzenią i klimatem, rozwijając formę odchodzi od tak zwanej ekstremy w kierunku muzyki bądź, co bądź często progresywnej. Tymczasem czwarty album Inter Arma przewrotnie daje nam muzykę zaangażowaną w poszukiwania pierwotnego brzmienia, ale też pełną klimatu. W chwili, gdy wraz z początkiem płyty kończy się zaskoczenie, dopiero robi się ciekawie…

Jeśli nie słuchaliście jeszcze „Sulphur English” to uwierzcie mi na słowo, że stwierdzenie z pierwszego zdania to nie żart. Jednocześnie początek płyty nie jest jej głównym wyznacznikiem i nie powinien stanowić o ocenie. Album rozpoczyna się potężnie, morbidowsko do bólu, jest to tak esencjonalne, tak zionie otchłanią, że przy pierwszym odsłuchu musiałem się upewnić, że na pewno słucham Inter Arma. Co prawda, pewne przebłyski tego, że zespół może nagrać tak brzmiący materiał były już na poprzedniej płycie, ale nie do końca spodziewałem się tego, że uda się muzykom stworzyć coś na kształt death metalu utopionego po uszy w sludge’owym szlamie. Jednak o ile by to nie było karkołomne w założeniach, efekt jest po prostu świetny. „Bumgardner”, „A Waxen Sea” i „Citadel” to praktycznie doskonała wariacja na temat anielskich klasyków. Dopracowana i kompletna. Jednak to nie początek płyty wyznacza jej jakość.

Inter Arma po tak przewrotnym starcie przez pozostałe kilkadziesiąt minut (album trwa ponad godzinę) serwuje nam bardzo intrygującą muzykę opartą na szeregu ciekawych pomysłów.  W kolejnym numerach zespół stopniowo zatapia się coraz mocniej w przestrzeniach odchodząc od potężnego brzmienia na rzecz… no właśnie… atmosfery? Jeśli miałbym postawić na pierwsze skojarzenia to po śmiałym flircie z Przedwiecznymi w takim „Howling Lands” słyszę odrobinę black metalu, ale znów obficie zalanego sludge’owym sosem. Ale już na przykład „Stillness” to pełnowymiarowy i pełnowartościowy sludge. To naprawdę ciekawe jak można żonglować klimatem, brzmieniem, wymową kompozycji i zachować przy tym spójność.IA band

Przykładów na to jak zmienia się oblicze „Sulphur English” znajdziecie tu o wiele więcej i to jest jeden z elementów albumu, który świadczy o jego wyjątkowości, to eklektyczność w obrębie gatunku, bo tak naprawdę Inter Arma od stricte sludge’owego grania nie ucieka wcale tak daleko, a przewrotnie powiedzieć można, że jest wręcz bliżej niż kiedykolwiek do tej pory. Moim skromnym zdaniem, album ten to dzieło kompletne, bez mielizn, bez wypełniaczy. Ciekawa muzyczna podróż, która z każdym kolejnym krokiem (utworem) prowadzi nas w coraz mroczniejsze rejony, by pod koniec zniknąć, rozpłynąć się w  całkowitej ciemności.

Jeśli jesteście ciekawi jak można w spójny i świadomy sposób połączyć wariacje w temacie Morbid Angel, z niemal klasycznym sludge, a nawet klimatem bliskim black metalu, koniecznie musicie zatopić się „Sulphur English”.

Wiesław Czajkowski