IGGY POP – Post Pop Depression (Universal)

Wesołe jest życie staruszka. Szczególnie jeśli tak jak James Newell Osterberg spotyka się na swojej drodze takich ludzi jak lider Queens Of The Stone Age. Przyznam, że trochę mnie śmieszy bajanie jak to Pop nagle pojawił się na podwórku Josha Homme a chwilę później jechali już do studia, mając obok siebie panów Deana Fertitę i Matta Heldersa. Oczywiście, nawet jeśli jest to tylko opowiastka stworzona na potrzeby mediów, całkiem wdzięcznie zaprasza do lektury płyty “Post Pop Depression”.

Fakt utytułowania tej płyty mianem Albumu Tygodnia nie wynika bynajmniej z jej geniuszu. Bo genialna może nie jest, ale bardzo dobra już tak. Chodzi raczej o podkreślenie faktu, że doskonała muzyka tworzy się na przecięciu różnych światów, a owa doskonałość kumuluje się tam, gdzie nie ma żadnej spiny i premedytacji. I w tym miejscu mogę uwierzyć, że panowie specjalnie się nie napinali, czerpiąc raczej ze swojej sławy najwartościowsze elementy i nie mnie w tym miejscu dywagować, kto w tej bajce jest ważniejszy. Jeśli jednak przyjąć za wyznacznik okładkowe napisy – oczywiście, jest nim Pop… Który wstrzyknął w swój krwiobieg kolejną dawkę ożywczych pobudzaczy, utrzymujących go w pozycji wertykalnej. I z wdzięcznym, wampirzym uśmiechem wyssał życie z Homme’a, który z kolei ucieszył się, że oto bez nagrywania kolejnej płyty Queens Of The Stone Age może trochę pojeździć po dużych salach koncertowych. Zresztą, wybór Fertity, znanego z hałasowania w Królowych o czymś przecież świadczy. Tak czy inaczej, zrobili sobie wzajemnie dobrze, przy okazji obdzielając nas kawałkiem fajnej muzyki.pop:homme

Trudno zatem oczekiwać czegoś innego, niż Queensowe, charakterystyczne retro – bicie gitar i Pop’owe wibrato w głosie. I tu pojawia się moje zdziwienie, bo nawet jeśli panowie specjalnie się podczas przygotowywania płyty nie spinali, powstało całkiem zwarte i intrygujące dziełko. Jest charakterystyczny, luźny klimat. Jest surowy riff, jest oczywiście fajna blaza, nadająca płycie zdecydowanie niewymuszony, niejako olewczy klimat. Jest gdzieś w tle pustynia, stare samochody, mocna gorzała i surowa, raczej ponura porcja wynurzeń w tekstach. Jest Tarantino w „Volture”. Jest Bowie w „Gardenii”. Jest i Zeppelin w „German Days”. No i mroczny klimat w niemal kejwowskim „Chocolate Drops”. Są proste w sumie, surowe dźwięki. Dużo ciekawych, nieoczywistych, ale intrygujących melodii. Przede wszystkim jest zaś przeświadczenie, że faktycznie panowie złapali coś w rodzaju porozumienia, zaiskrzyło i nie ma tu wyczuwalnego mozołu w próbach sklecenia na siłę wiązanki numerów, które mają nas przekonać o szczerości twórców. Bo w sumie Pop nigdy nie szukał poklasku a Homme prędzej da komuś w zęby niż stworzy coś wbrew sobie. Gdzieś ktoś zasugerował, że po wywaleniu Popa mogłaby powstać po prostu płyta Queens. Nie zgodzę się, bo choć faktycznie feeling poszczególnych numerów i charakterystyczna maniera gitarowych zagrywek są od pierwszych dźwięków oczywiste, to jednak równie dużo zawdzięcza ten krążek Iggy’emu. Pozostaje zatem stwierdzić, że ta kolaboracja, supergrupa czy jak by tego nie nazwać, jest nader udana i przekonująca. Może niezbyt oryginalna, ale przyjemnie stylowa. Surowy rock ma się nadzwyczaj dobrze i daleko mu do kostnicy. Paradoks, że odświeżają go goście, którzy młodość zostawili daleko za sobą.

Arek Lerch