HENRY DAVID’S GUN – Tales  from the Whale’s Belly (Borówka)

No więc jest. Długo obiecywana, druga płyta Henryka. Płyta, która troszkę przechodzi obok, nie trzęsie biznesem jak powinna, choć to solidna porcja fajnej, klasycznej, choć jak najbardziej współczesnej indie – folkowej songwriterki. Dziesięć opowieści, które zabierają nas w intrygującą podróż. Relaksującą, może nieoryginalną, ale całkiem magnetyczną.

W sumie mógłbym o nowej płycie HDG napisać to samo co o „Over the fence… and far away“. No, prawie to samo, przynajmniej jeśli chodzi o klimat, przeznaczenie i plastykę opowieści. Henry David’s Gun wychodzi od klasycznego, akustycznego grania, takiego amerykańskiego, z gitarą w łapie i kilometrami przemierzanymi w celu przedstawiania swoich opowieści w kolejnych, zapomnianych przez Boga miasteczkach. To taki śmieszny obrazek, ale w zasadzie muzyka HDG w swojej naturze jest prosta i raczej nieskomplikowana. Można ją zagrać na akustyku i zaśpiewać przy ognisku albo na małej, kameralnej imprezie, jednak zespół idzie o kilka kroków dalej, zapewniając swojej muzyce pełne instrumentacje i to właśnie one przesądzają o tym, że czadami ich muzyka przechla się zdecydowanie w stronę indie rocka. Główny ładunek emocjonalny to ponure ballady o mocno melancholijnym charakterze. Na myśl przychodzi Cohen, Cave i paru innych pieśniarzy, choć naszym bohaterom zdecydowanie bliżej klasycznej, rockowej piosenki.HDG band

Henryki oczywiście spoglądają na tradycję, ale wszystkie wątki stylistyczne są przez nich rozgrywane na własny sposób, bez powielania pewnych klisz, o co w sumie w takiej muzyce nie jest trudno i co zabija połowę krajowych pieśniarzy. Jest w muzyce HDG kejwowska posępność i jakaś tajemnica, głębokie brzmienie dodaje całości smaku a finezyjna oszczędność aranżacji jeszcze bardziej pobudza wyobraźnię. Po prostu chłopaki wiedzą, jak sobie poradzić z muzyczną materią i czynią na dużym luzie. Co mnie zaskoczyło? Hmmm, np. zaskakujące pokrewieństwo niektórych kompozycji z tym co w ostatnich latach robi Marillion – jeśli refren „Not like Josef K.” Czy np. „Ponytail” nie wzbudzi takich skojarzeń, to ja przepraszam. Czasami pojawia się piękny, kręcący rytm („At Your Door”) czy frywolny, jakby jazzowy puls (kompozycją „House of Cards” nie pogardziłaby Gaba Kulka)  to znowu urzekające harmonie, parę dodatkowych instrumentów – mandolina, akordeon, cymbały czy fortepian, ale wszystkie wykorzystane w mistrzowski i powściągliwy sposób, tak, by nie zaburzyć rytmu płyty i nie przytłoczyć przekazu.

Udany materiał. Ambitny i przemyślany, zachowujący piosenkową prostotę. Chętnie bym zobaczył HDG na wspólnej trasie z Anitą Lipnicką. Udana byłaby to para.

Arek Lerch

Zdjęcie: Andrzej Majos