GOAT – Commune (Stranded/Rocket/Sub Pop)

Wprawne, czytelnicze oko zauważy, że długo coś nie było żadnego, nowego albumu tygodnia. Cóż to, płyt zabrakło?! No, może okres wakacyjny nie był aż tak suchy, jednak, faktycznie ostatnio prawie każda płyta miała w moim odczuciu syndrom „alegro”. Czyli: „fajny zespół, ale gro jakoś tak przewidywalnie…”. Już zacząłem obawiać się o moje zmysły, aż tu z nieba spadła druga płyta dziwaków ze Szwecji – Goat. I dzisiaj, już bez kręcenia nosem, mogę zaanonsować pierwszy, powakacyjny album tygodnia. Panie i pawiany – nadchodzi Commune!

Jak głosi przysłowie, dobry bajer to podstawa. Niniejszą dykteryjkę przyswoili sobie opisywani tu Szwedzi – zakryli buźki maskami, zaczęli snuć opowieści o praktykach voodoo, którym oddają się w swojej zabitej dechami mieścinie, w dodatku wymyślili sobie niezgorszą nazwę. I można by przejść obok nich obojętnie, bo nie zmajstrowali w sumie niczego nowego, gdyby nie muzyka. Zauważyłem, że tzw. koledzy po fachu mają dość duży problem z jednoznacznym określeniem tego, co Goat prezentuje na swoich płytach – i pierwszy raz się z nimi zgodzę. Nie wiadomo, co Szwedzi grają. Na pewno coś dziwnego, choć jednocześnie znajomego. Coś co drażni, choć przyciąga. jest hałaśliwe ale zaskakująco dobrze poukładane. Taka konsternacja i uwielbienie w pigułce. Nie wiem, jak długo na swoim patencie pojedzie szwedzki zespół, póki co jednak udaje mu się skutecznie zjednać i prasę i słuchaczy, co już jest sztuką niemałą.Goat

Na początek info dla wyjaśnienia – nie znajdziecie na „Commune” ani jednego odkrywczego, nowego i zaskakującego dźwięku. Goat to bardzo sprawny żulik, co świetnie porusza się na śmietniku muzycznej historii, wyciągając z niego i łącząc do kupy praktycznie wszystko co wpadnie mu w ręce. W pierwszym momencie uderza mnie zajebiste – nie bójmy się tego słowa – brzmienie. Sprawny realizator odsączył z tej płyty każdy gram niepotrzebnego, dźwiękowego tłuszczu, zostawiając szkielet. I ten szkielet obnaża wyjątkowość zespołu. W sumie, brzmi to trochę jak dobrej jakości nagranie z próby, tajemnicą poliszynela pozostaje oczywiście fakt, że osiągnięcie takiego efektu wymaga nie lada wprawnego ucha. Grupa wyciągnęła wnioski z debiutu „World Music” i podkręciła te elementy, które nadają jej charakter. Świetne wrażenie robią żeńskie wokalizy. Śpiewająca pani wykonuje swoją pracę w tak fizycznie forsowny sposób, jakby swoim śpiewem chciała dać komuś w pysk. Bezczelność interpretacji nie zmienia faktu, że wykrzykiwane melodie wpadają w ucho. Gdzieś przeczytałem, że na „Commune” nie ma ewidentnego przeboju – jak zatem nazwać otwierający stawkę „Talk To God”? Oczywiście, aranżacyjnie jest to rzecz mało piosenkowa, ale główny temat i natrętna, zapętlona melodyjka gitarowa wbijają się prosto w mózg i nie chcą opuścić głowy. Inna sprawa, że tak podkreślane na debiucie, afrobeat’owe ciągotki, tutaj znajdują jeszcze więcej miejsca, jednak podane zostały z niemal nowofalową, zimną precyzją. Wspomniany „Talk To God” konkuruje z równie udanym „The Light Within”. Goat czerpie pełnymi garściami z przeszłości, szczególnie zatrzymując się gdzieś w połowie lat 60 – tych. Ten specyficzny klimat jamu, narkotyczna aura i psychodeliczna poświata są niemal przez cały czas obecne. Transowe wycieczki „Gathering of Ancient Ones” i „Goatchild” kontrastują z radosnym, orientalnie brzmiącym „Hide from the Sun”. W to wszystko wsadzono niesamowite brzmienie gitary basowej i sucho dudniące bębny. Puls tej płyty to zupełnie inna opowieść. Zespół doskonale wie, jak wykorzystać całą gamę przeszkadzajek, skutkiem czego warstwa rytmiczna nabrzmiewa z każdą sekundą, upstrzona zagrywkami rodem z buszmeńskiej potańcówki, aż do gwarnej imprezy… voodoo. W tym temacie Goat brzmi niczym indie rockowe wcielenie Tribe After Tribe. Za to praktycznie wcale nie ma tu ciągotek w stronę stoner rocka, o co kiedyś grupa była posądzana. Skłonności do improwizacyjnej natury lat 60′, z Hendrixem i Cream na czele, stały się wyznacznikiem „Commune”, jednak Goat – na całe szczęście – do tej wielbionej przez rzesze muzyków dekady, traktujących nagrania idoli sprzed lat niemal bezkrytycznie, podchodzi z arogancką pewnością siebie. Skutek – zamiast kolejnego, retro – hołdu dla ery dzieci – kwiatów, dostajemy odważną i podaną z przymrużeniem oka interpretację takich dźwięków. I to jest fascynujące – analizowane każda z osobna partie instrumentalne, brzmią jak dokładna kopia brzmień z tamtej epoki; kiedy połączymy je razem, otrzymamy muzykę, która tętni zdecydowanie współczesnym pulsem. Może to efekt przełożenia dźwięków na niemal kraftwerk’ową mechanikę (posłuchajcie tego syntetycznego, ponurego riffu w „Words”…), skutkiem czego nabiera zupełnie innego odcienia, dystansując się od zbyt oczywistych i tym samym, dyskwalifikujących zespół nawiązań. Jest przy tym wszystkim muzyka Goat w niesamowity sposób chwytliwa, praktycznie każdy utwór posiada takowe „haczyki”, które przyciągają i hipnotyzują.Goat Band

Nadal nie wiem, jak opisać „Commune”… Jedno jest pewne – tak świeżej, porywającej i jednocześnie aroganckiej płyty w tym roku nie słyszałem. Rock, psychodelia i dobra zabawa, skrzyżowane z bardzo czujnym serwowaniem dźwięków, w dodatku erudycja i arogancja, które tworzą zaskakujący gąszcz, łączący zblazowaną współczesność z żarem roku 69. Cóż, gdyby Kozły promowały „Commune” na festiwalu Woodstock, dzisiaj pamiętano by o nich a nie o Hendrixie…

Arek Lerch