GIRL BAND – The Talkies (Rough Trade)

Odwieczna dyskusja na temat tego, czy tworzymy jeszcze coś nowego, czy tylko zżynamy z przeszłości, powróciła do mnie za sprawą pewnego wywiadu i jednocześnie uświadomiłem sobie, że zaprzeczenie możliwości odkrycia czegoś nowego jest jednocześnie śmiercią jakiejkolwiek kreatywności. Na szczęście, nowa płyta, następca świetnej „Holding Hands with Jamie” Girl Band powoduje, że z ulgą patrzę w przyszłość. Nadal można coś tam odkryć.

Choć oczywiście cały czas operujemy w rejonach, które dla przeciętnego fana muzyki są niczym portowe zaułki Hamburga – kuszące, ale zbyt ryzykowne i niezrozumiałe. Nie chcę przez to powiedzieć, że Girl Band się prostytuuje, bo tak nie jest, ale na pewno lubieżnie wyzbywa się jakichkolwiek zahamowań, tworząc po raz kolejny świat, w którym nie obowiązują żadne zasady. Tu wolno wszystko. I tu dochodzimy do bodajże najważniejszej cechy muzyków Girl Band, jaką jest umiejętność bardzo czujnego poruszania się w tym popierdolonym labiryncie, tak, by nie przekraczać cienkiej granicy między muzyką a jej parodią. Choć momentami faktycznie może się wydawać, że zespół kpi ze słuchacza, zwodząc go, poniewierając, wprawiając w konsternację wyrwanymi i pomieszanymi wątkami. „The Talkies” to mikser, do którego wrzucono szczyptę alternatywy, indie, nojzu, punka i dubu, wymieszano i rozrzucono na wszystkie strony świata. Nic do siebie nie pasuje, ale jednocześnie… ma to sens.Girl Band - lead press shot 1

Pytanie brzmi, czy odstępstwo jest kompozycją samą w sobie, czy to raczej zwykłe piosenki, tylko odpowiednio zdeprawowane. Wydaje się, że raczej ta pierwsza idea, kiedy słucham np. „Shourderblades” – zawodzące wokale, gitarowe przegięcia, jakieś wyrwane z kontekstu stukanie blachy, dubowe pogłosy i wreszcie wszystko zmierza w stronę psychodelii na technopodobnych resorach. Podobnie uwodzą mnie „Prefab Castle” i „Couch  Combover”. Narracja utworów jest wyzwaniem dla każdego; pierwszy odsłuch to jazda bez trzymanki, nie wiadomo co się wydarzy. Potem wyłaniają się pierwsze zarysy – najłatwiej zapamiętać krótsze formy: „Akineton” z dziwaczną „solówką” perkusyjną, transowe „Amygdala” i „Caveat”. Warto wsłuchać się w preparowanie gitar – to w zasadzie szumy, pogłosy i sprzężenia, dodatkowo przetworzone studyjnie, co brzmi momentami jak efekt tzw. cofanej taśmy, albo przypadkowe nagrania szumiących wzmacniaczy. Być może najnormalniejsze, ciążące w stronę post punkowych mielizn są kawałki „Going Norway” z odpowiednio „przewalonym” miksem i „Laggard”, który mógłby znaleźć się w repertuarze Fugazi, gdyby ci nie zachowali wstrzemięźliwości i wpadli w nałóg heroinowy.

W zasadzie trudno powiedzieć, komu dedykowana jest ta płyta, podobny dylemat miałem w przypadku debiutu, ale dopiero teraz widać, jak bardzo namieszane mają w mózgach ci muzycy. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, jak taką muzykę sprzedać i to jest chyba jej największą wartością. Szukacie czegoś nowego w gitarowym graniu – proszę bardzo: „The Talkies” to przyszłość tej muzyki. Sztuka fejsbukowej ery zdawkowości i braku czasu. Krzywe zwierciadło naszych czasów a może zapowiedź ich końca? Sami sobie na to odpowiedzcie…

Arek Lerch