GIRL BAND – Holding Hands With Jamie (Rough Trade/Sonic)

Debiutancki album stacjonującego w Dublinie kwartetu to pozycja, sadowiąca się tuż obok opisywanego na naszych łamach albumu Amerykanów z VietCong. W zasadzie nikt nie jest w stanie stwierdzić na ile jest to arogancka próba rozprawienia się z alternatywnym rockiem a na ile autentyczna chęć znalezienia wyjścia z matni współczesnej muzyki rozrywkowej. W każdym razie, choć od premiery płyty mija miesiąc, nadal nie znalazłem odpowiedzi na powyższe pytania. Pozostaje uznać, że Girl Band to zespół mający bardzo oryginalne – lub zdystansowane – podejście do swojej twórczości. I już za sam ten fakt dostają wódeczkę.

Na takie płyty czekam z wytęsknieniem. Płyty, o których w zasadzie nie można nic mądrego powiedzieć, bo zawsze trafi się gdzieś obok. Trzeba najpierw wejść do łba któregoś z członków zespołu i zorientować się, czy mają coś na swoją obronę. Stąd pewnie bezradność mediów i wydawców, bo opisywanie muzyki Girl Band jako zestawu piosenek jest bardzo ryzykowne. Jeśli ktoś takim enigmatycznym hasłem da się skusić, polegnie już po pierwszej minucie „Umbungo”. A to dopiero początek łaskotek.

Gdybym nie wiedział, przysiągłbym, że za produkcję „Holding…” odpowiada nie kto inny jak Marcin Bors. Muzyka brzmi jak paranoiczny dub, miksujący chaotycznie porozrzucane elementy kompozycji w całość. Z tym, że nie zachowuje klasycznego układu, zarówno w formalnym, jak i definicyjnym rozumieniu. Przede wszystkim – wszechobecna monotonia. W pierwszym momencie bierzemy to za chwilowy kaprys, ale już po kilku minutach ten fakt zaczyna wkurwiać. A w połowie płyty dochodzimy do wniosku, że ten drażniący, niemal bezpłciowo recytowany ciąg słów, wyrwane z kontekstu uderzenia w bębny i prująca w tle gitara, zaczynają hipnotyzować. Girl Band wychodzi w swoich poszukiwaniach od klasycznej idei burzenia struktury, z której buduje się nową jakość. Jest to jednocześnie forma otwarta, będąca w zasadzie szkicem, który – jak mniemam – ewoluował będzie podczas koncertów. Dosyć aroganckie potraktowanie słuchacza, jako elementu w procesie poznawania własnych możliwości zbędnego, pozwala muzykom swobodnie eksperymentować z formą i brzmieniem. Najciekawiej wypada to w tych oszczędnych fragmentach, np. w „In Plastic”, gdzie stukocząca głucho stopa i obijające się o siebie pałeczki są w zasadzie jedynym podkładem pod śpiew. Pan Dara Kiely jest zresztą osobnym tematem. Jego interpretacje wokalne są zadziwiające – w zasadzie to beznamiętne recytowanie, w najlepszym razie zawodzenie, w którym próżno szukać  emocji, tym samym stają się kolejnym elementem, dołączającym do bezładnej zabawy instrumentami. Problem w tym, że po wysłuchaniu całej płyty dochodzę do wniosku, że to wszystko jest… cholernie logiczne. Każde kolejne podejście do płyty ujawnia inspiracje, które muzycy bardzo sprytnie przetworzyli i zaadaptowali do własnych potrzeb. Nowofalowe zimno mrozi zmysły, ale nie za sprawą melodyki (tej nie znajdziemy tu wcale), tylko archetypicznie potraktowanych instrumentów (szczególnie sekcji…), mających znaczenie rytualne. Jest noise, ale tu Alan Duggan nie pozostawił żadnych wątpliwości, traktując słowo „hałas” bardziej niż dosłownie – w zasadzie w każdym numerów jego gitara pełni rolę straszaka, który ma nas niepokoić i złamać. Co ciekawe, wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z podejściem podobnym innym obrazoburcom – The Birthday Party. Czasami dosłownie, bo fragmenty „Texting an Alien” czy „Fucking Butter” (w mojej opinii najlepszy numer na płycie) mogą tak się kojarzyć, choć w większości przypadków chodzi raczej o odrzucanie kolejnych warstw aranżacji, jako niepotrzebnych naleciałości. Walka z tradycją, niemal punkowe (ta stylistyka w dosłownej formie pojawia się tylko raz – w krótkim „The Last Riddler”…) odrzucenie usystematyzowanych wartości pozwala muzykom Girl Band przedstawić swoją definicję sztuki. Niech nas nie zwiedzie pozorny chaos i natłok przypadkowych, obijających się o siebie dźwięków, bo zespół wszystko kontroluje, kierując te zderzające się ze sobą atomy w odpowiednim kierunku. Już, już, ma dojść do rozszczepienia jądra, ale… nie dochodzi. Jeszcze nie, choć poczyniono duże kroki w tym kierunku. Dzisiaj, na tym etapie kariery, nie mogli zrobić więcej, ale jeśli nie stępi ich życie i nie zepsuje muzyczny biznes, następnym razem rozwalą nas na strzępy.  Girl Band

Trudno uznać „Holding…” za płytę przyjazną człowiekowi, ale jako pewna wypowiedź zbuntowanych małolatów, jest czymś zupełnie nowym, próbą zbudowania własnej tożsamości z pozornie znanych klocków. Jeśli przyjąć, że to początek drogi, jest on bardzo udany, bliski osiągnięcia w 2015 roku rzeczy niemożliwej, czyli stworzenia nowej jakości w muzyce. Ocenę pozostawiam słuchaczowi.

Arek Lerch