GALLON DRUNK – The Soul of the Hour (Clouds Hill/Sonic)

Popularna myśl ludowa głosi, że muzyka dzieli się na dobrą i złą. W zasadzie zgadzam się z takim podziałem, choć osobiście – szczególnie ostatnio – wolę rozróżnienie na muzykę modną i niemodną. Gallon Drunk sadowi się zdecydowanie po stronie niemodnej sztuki, chociaż pewne fragmenty najnowszego dzieła londyńczyków całkiem ciekawie wpisują się w popularne ostatnio odkrywanie dawno zapomnianej i lekko mrocznej alternatywy.

Ósma płyta formacji w pierwszej kolejności wywołuje miłe wspomnienia. Swój dziewiczy kontakt z Gallon Drunk zaliczyłem w 96 roku za sprawą krążka „In the Long Still Night”, co zważywszy na moje ówczesne zauroczenie cave’owskimi smutami było całkiem sympatycznym przeżyciem. Przyznam też, że w późniejszych latach, jakoś przestałem obserwować poczynania Anglików; z tym większą radością powitałem najnowszy krążek, który pokazuje zespół w świetnej formie, nadal parający się muzyką z pogranicza post punku, mroku i transu. Czyli dostajemy do rąk wyborny materiał, naznaczony – a jakże – wiekiem muzykantów.

Nowe nagrania, co mnie bardzo cieszy, emanują niesamowitą pewnością siebie. Niemłodzi muzykanci nie mają niczego do stracenia, dlatego bawią się muzyką, grając dokładnie takie dźwięki jakie sami chcą. W sumie nie wiem, które oblicze bardziej mi się podoba. W zależności od sytuacji wybieram albo czad albo trans. Ta druga opcja reprezentowana jest przez utwory (bo trudno nazwać je piosenkami…) „Before The Fire” czy „Dust in the Light”. Niespieszna narracja, plemienne, sucho dudniące bębny, potężne akordy fortepianu, coś szamańskiego kryje się w tych dźwiękach, trudno nie usłyszeć echa cave’owskich, szczególnie wczesnych poszukiwań. Zresztą, nie uciekniemy od Australijczyka. „The Exit Sign” czy song tytułowy, ze swoją stopniowo gęstniejącą atmosferą, szaleńczo nawarstwiającymi się partiami gitar i dęciaków, muszą „się kojarzyć”. Umiejętność bardzo precyzyjnego balansowania nastrojem i dynamiką to zresztą największa zaleta Gallon Drunk. Nie wiemy w zasadzie czego mamy się spodziewać, tym bardziej, że zespół bawi się konwencjami jak szalony. Przygląda się bluesowym skalom, z czego wychodzi coś na kształt zbiorowego gwałtu dokonanego na twórczości Johna Mayalla („The Dumb Room”), James Johnston przejmująco śpiewa, wyje (upodabniając się nieco do Johna Brannon’a z Laughing Hyenas…), wprowadza podniosły i mroczny nastrój. Jednocześnie nie zapomina, że najwięcej hałasu robi gitara. Dwa ostatnie kawałki na płycie to właśnie dominacja monstrualnego przesteru – w „Over and Over” zespół cofa się do początków gitarowej rewolucji na wyspach, waląc po twarzach gitarowym, gryzącym przybojem rasowo niczym The Jesus And Mary Chain a na samym końcu… leciutko się gubi, eksperymentując w „The Speed of Fear” ze zderzeniem gitarowego noise’u z niemal manchesterskimi rytmami. I ten rave’owy klimat pozostaje już do końca utworu a tym samym i całej płyty.Gallon band

Jeśli nawet ciut pokręciłem nosem to i tak płyta robi na mnie ogromne wrażenie – rozmachem, precyzją, bardzo pierwotną, atawistyczną aurą. Zderzeniem bluesa z czystej wody hałasem, klimatu z dźwiękową przemocą. W zasadzie jest tu wszystko, czego potrzeba, żeby uznać krążek za więcej niż udany. Zważywszy na staż zespołu, należy się szacunek, że w takim wieku nadal chce im się robić na słuchaczach wrażenie. Mnie kupili, choć nie wątpię, że płyta będzie krytykowana z powodu pewnych, aranżacyjnych i stylistycznych wahań. Które dla mnie są w zasadzie atutem.

Arek Lerch

Zdjęcie: archiwum zespołu