FURIA – Marzannie, Królowej Polski  (Pagan Records)

„Album jest zimny oraz kolisty. Czarny, ale i biały. Przed dwunastą, ale i po. Niespokojny.” Tak o nowym wydawnictwie Furia mówi Nihil – główna siła sprawcza poczynań zespołu. Nie śledzę tego, co dzieje się na forach dyskusyjnych (bo zwyczajnie mnie to nie interesuje), ale pewien jestem jednego. W tej właśnie chwili zbiera się na burzę. Nowy album wydaje Furia i będzie to temat numer jeden z najbliższym czasie. Album, który zostanie opluty, utytłany w gównie obelg… Album wielbiony i wyniesiony na ołtarze… Nawet gdybym oceniał płytę negatywnie i tak rekomendowałbym „Marzannie, Królowej Polski” do rubryki Album Tygodnia. Mało jest płyt, które tak jak każde nowe dzieło Furia są wydarzeniem… Płyta ta to dla mnie po raz pierwszy (jeśli chodzi o twórczość Furia) pretekst do tego, by posłużyć się skrótem cytatu z klasyka „…jak nie zachwyca, jak zachwyca”

 

Poprzednie wydawnictwa tego zespołu nie powalały mnie na kolana. Wypatrując „Grudzień za grudniem” nie cierpiałem na wypełnioną bolesnym oczekiwaniem bezsenność. Był to dla mnie tylko kolejny powód, by zmierzyć się z fenomenem tego zespołu, płyta solidna lecz nie zachwycająca. Zupełnie inaczej mają się sprawy jeśli chodzi o „Marzannie, Królowej Polski”. Jeśli mam być zupełnie szczery, to z dnia na dzień coraz bardziej pogrążam się w tej płycie. Nie mam ochoty na inne dźwięki. Nie mam ochoty na nic innego jak na to, by po raz kolejny zagubić się w muzycznych przestrzeniach, które przygotował nam Nihil wraz z kolegami. Mógłbym skończyć  recenzję  już teraz tylko po to, by móc w pełni skupić się na sączących ze słuchawek dźwiękach, postaram się jednak choć w kilku słowach opisać, co czuję słuchając „Marzannie, Królowej Polski”.

Album został zamknięty w ramach siedmiu kompozycji, jednak kontakt z którymkolwiek utworem oderwanym od całości, moim zdaniem, zupełnie nie ma sensu. Furia stworzyła płytę, która niczym żywy twór  pulsuje tocząc życiodajną dla tego bytu krew. Utwory przenikają się i nawiązują do siebie nawzajem. Słuchanie tej płyty ma sens jedynie jako całości. Wyrywkowy kontakt z „Marzannie, Królowej Polski” to jawne świętokradztwo. Dlatego też nie oczekujcie tego, że napiszę, która z kompozycji „najbardziej przypadła mi do gustu”.

Furia bezlitośnie pławi się we własnym, artystycznym sosie dając nam to, czego oczekiwaliśmy. Łatwo rozpoznawalny lecz tak naprawdę trudny do zdefiniowania, teoretycznie dość prosty, praktycznie ponad miarę rozbuchany black metal. To właśnie stanowi o sile tej płyty. Dziwna równowaga pomiędzy przestrzenią a blastem, pomiędzy chamskim, walącym z norweska w ryj riffem a płynącym niespieszenie, klimatycznym motywem. Pozornie płytą rządzi chaos lecz im dłużej słucham tych dźwięków, tym bardziej skłaniam się ku opinii, że każdy riff ma tu swoje ściśle zaplanowane i z premedytacją określone miejsce… Furia opanowała trudną sztukę tworzenia muzyki spod znaku kontrolowanego chaosu, muzyki przemyślanej i rozedrganej jednocześnie… Jest to zdecydowanie album kolisty, ale i zimny, podlany dużą dawką kwadratów zamkniętych w formie czarnych trójkątów. Płyta nad którą nie sposób przejść do porządku dziennego. Płyta, której wystarczy posłuchać jedynie raz by jej pożądać… Płyta opatrzona świetną grafiką… Płyta, która zachwyca…

 

Wiesław Czajkowski