FURIA – Księżyc milczy luty (Pagan Records)

To, co poniżej przeczytacie, to właściwie nie będzie stricte recenzja. To raczej pean pochwalny, który będzie miał za zadanie przekonać Was, że na najnowszy album Furii to nie tylko najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się ekipie Nihila w całej dotychczasowej karierze, ale też najlepszy tegoroczny album w ogóle. Oj, nie wydaje mi się, żeby w tym roku ukazał się jakikolwiek lepszy strzał.

Jestem pełen podziwu dla drogi, która dzieli „Martwą polską jesień” od „Księżyc milczy luty” – od takiego w sumie dość melodyjnego black metalu ku black metalowi… Zaraz, to w ogóle jest jeszcze black metal? Jeśli tak, to raczej „Księżyc milczy luty” krąży gdzieś po rewirach black metalu, eksplorując boczne drogi i polne ścieżki. Nihil uciekł w swego rodzaju awangardę, całkowicie wypina się na wszelkie stereotypy i zasady. Ten blues, który Furia serwuje w „Zwykłe czary wieją” to chyba jeden z najlepszych pomysłów, jakie ostatnio słyszałem. Albo riff z końcówki „Zabieraj łapska” – jak to mówi młodzież, prawdziwe sztosiwo. Generalnie trzeba przyznać, że w warstwie gitarowej dzieje się mnóstwo dobrego, choć pod tym względem zespół zawsze prezentował się co najmniej przyzwoicie. Odnoszę jednak wrażenie, że oprócz solidnego riffowania (nawet bardzo – tu jeden dobry riff pogania drugi), w gitarach jest jakby więcej przestrzeni i więcej stopniowego budowania klimatu. A jak już jesteśmy przy brzmieniu poszczególnych instrumentów, to nie można nie wspomnieć o wybornie brzmiących bębnach. Robią robotę, nawet bardzo.furia

Największą siłą „Księżyc milczy luty” jest jednak fantastyczny klimat. To znaczy może tak… ta wyzierająca z każdego słowa „śląskość” jest nieco męcząca, ale z drugiej strony – pomijając już zupełnie ten aspekt – Furii udało się wykreować atmosferę równie mroczną i gęstą, co groteskową i mocno psychodeliczną. Właśnie – to najbardziej psychodeliczna płyta w dorobku śląskiej grupy. Ciągoty w tę stronę zespół miał właściwie od zawsze, jednak nie sądzę, by kiedykolwiek na długogrającym albumie były one aż tak mocno zaakcentowane. Mrok w wydaniu Furii jest przez to chyba jeszcze bardziej przerażający i sugestywny, a podlany przy tym sporą dozą szaleństwa i groteski robi bardzo duże wrażenie. Grupa nie utraciła przy tym charakterystycznego dla siebie swojskiego, słowiańskiego pierwiastka, ale tym razem to nie on jest dominującą cechą wyróżniającą jej muzykę – tym bardziej, że coraz wyraźniejsze stają się inspiracje z kopalnianego szybu. Zresztą, cały ten kontrast jest w ogóle świetny – z jednej strony las w riffach, z drugiej nawiązywanie do przemysłowego charakteru Górnego Śląska. Niby w ogóle się to nie trzyma kupy. Niby.

Prawdę mówiąc, pisanie o takiej płycie, jak „Księżyc milczy luty” jest cholernie trudne, bowiem album skrzy się zarówno od świetnych pomysłów aranżacyjnych, jak i ocieka cholernie intrygującym klimatem. To krążek z rodzaju tych, które niezależnie od rodzaju słuchanej muzyki, po prostu należałoby znać. Ja sam słucham już tej płyty nie wiem który raz, a nadal mam wrażenie, że odkryłem ją dopiero co najwyżej w połowie. No i oczywiście na tym nie poprzestanę, bo za każdym razem, gdy słyszę dźwięki otwierające „Zaćmą, w dym”, mam ciarki na plecach. A dalej jest jeszcze lepiej.

Najlepszy album tego roku.

Michał Fryga

Zdjęcie: Jan Fronczak