ENTROPIA – Ufonaut (Arachnophobia Records)

Ogromnie lubię zespół Entropia nie tylko za bardzo dobrą muzykę, ale też za to, że ich podejście do black metalu jest – przynajmniej tak mi się wydaje – zasadniczo różne od mojego. Nie chcę budować wątpliwego wizerunku redaktora-weterana-oldschoolowca, chodzi mi o to, że raptem kilka lat różnicy wieku tworzy ciekawą i inspirującą dla mnie lukę pokoleniową. Mam graniczące z pewnością wrażenie, że zespół ewidentnie wyrastał na innym gruncie i wszedł w black metal w zupełnie innym punkcie przecięcia niż ja. I bardzo mi się to podoba. Słuchając „Ufonaut” czuję się jak stary pierdziel, który przypadkiem wylądował na imprezie u 20-latków i zazdrości im, że radzą sobie lepiej niż on w ich wieku. 

Nie będę kłamał, że do debiutanckiego albumu Entropii Vesper zapałałem miłością od pierwszego wsłuchania. Trochę potrwało, zanim przetrawiłem tę miękkość i melancholię wywiedzioną z postmetalowego smucenia, z którego zespół wyrósł. Bynajmniej nie był to słaby materiał, po czasie stwierdzam, że jest świetny – tylko, no właśnie, nie do końca byłem jego modelowym adresatem, mimo ogólnej sympatii do tych wszystkich „nowych nurtów” w black metalu. Liczyłem na to, że „Ufonaut” dowiezie to, co zespół buńczucznie anonsował w wypowiedziach i po kawałku ujawniał grając nowy materiał na żywo. Okazało się, że Entropia jest krok przed moimi oczekiwaniami.

A oczekiwania były spore. W wywiadach padały deklaracje o płycie odważniejszej i bardziej psychodelicznej od „Vesper”. Ułożyłem sobie w głowie wizję jakiejś niestrawnej awangardy, tymczasem dostałem po uszach mocnym, ciężkim i zblastowanym black metalem. Tak hałaśliwie i gęsto Entropia nie brzmiała nigdy dotąd, a z drugiej strony struktury utworów i odważne aranże nie mają z klasycznie pojmowanym gatunkiem wiele wspólnego. Wciąż słychać tu i ówdzie chmurne flażolety, które zdominowały poprzedni album (riff w „Samsara” to właściwie pierwszy album Satyricon), ale przeważnie toną one w gęstej zupie przesterów, synkop i trzydziestu riffów na numer. W niepamięć poszły klawikordowe pasaże z „Vesper”, na „Ufonaut” space’owe klawisze przekrzykują się z gitarami, rozbieganymi między norweską siarką a… djentem (tak, wiem…). I wszystko to trzyma się całości, która cieszy, choć poszczególne składniki nie zawsze są mi bliskie.Entropia1

Mimo całej artystowskiej otoczki i górnolotnych zapowiedzi, to wciąż spójny i dookoreślony metal – choć zbudowany na psychodelicznym fundamencie w równym stopniu co na riffowym betonie. W sensie mentalnym Entropia to dziś spadkobiercy grzybowych podróży, w jakie wyruszali w latach 90. Mysticum i Fleurety, muzycznie zaś zespół jedzie tym samym wagonem kolei, co choćby Oranssi Pazuzu czy Jumalhämärä. Przyjęcie krautowej swobody i transowości przy pisaniu utworów nie przeobraziło Entropii w bzycząco-sprzęgającą odpowiedź na Föllakzoid – ale kto wie, co przyniosą kolejne albumy. „Ufonaut” brzmi jak początek pewnej drogi i ciekaw jestem, dokąd ta ekspedycja zabrnie. Sam bym się nie zabrał (w zasadzie tylko pieczarki lubię) ale na „Discovery” chętnie obejrzę i pokibicuję. Za tzw. moich czasów taki album i taki zespół nie miałby prawa powstać. Bardzo się cieszę, że te czasy minęły.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: archiwum zespołu