EABS – Slavic Spirits (Astigmatic Records)

Eabeesy zgarnęli wszystko co tylko można za sprawą płyty „Repetitions”, rozbijając się w środowisku jazzowym niczym pijany kierowca Ferrari po ulicach Warszawy, potem zaczerpnęli oddechu, przy okazji nagrywając świetną koncertówkę (kiedy CD, ja się pytam?!) i wreszcie oddali w nasze ręce w pełni autorskie dzieło, które jeszcze przed premierą było nadmiernie obciążone presją i bagażem nie wiadomo jakich oczekiwań. Pewnie niejeden wykonawca w takiej sytuacji by pękł, na szczęście EABS dali radę, choć kierunek z jakiego atakują nie jest całkowicie oczywisty.

Przeprowadziłem niedawno na temat „Slavic Spirits” krótką acz intensywną wymianę zdań z kolegą, którego punkt widzenia można streścić w słowach: „No gdzie ten jazz?! Jazz to wolność, szaleństwo, a tu mamy spięcie pośladów jak w filharmonii!”.  I jest ta opinia, o dziwo, dość dobrą recenzją niniejszego krążka. Nie jest to rzecz dla osób, które lubują się w dźwiękowym szaleństwie, bo też i założenie, w pewnym sensie odgórnie narzucające pewną narrację, nie stwarza dobrego pola do zbyt swobodnych, choć intrygujących formalnie improwizacji. Szaleństwo to ostania rzecz, jakiej można się po tej płycie spodziewać. Oczywiście, mogąca się kojarzyć z Komedą (czy to kogoś dziwi?) koncepcyjność muzyki stanowi tu pewne ograniczenie, ale jest ono jednocześnie dla muzyków o tyle inspirujące, że dzięki temu mogli wznieść się wyżej, ponad typowe dialogi; tutaj każdy instrument, a nie jest ich przecież mało, zaprzęgnięty zostaje do konkretnej wizji, buduje dramaturgię nie za pomocą miliona dźwięków, ale wyważonych, trafiających w punkt wypowiedzi. Należy sobie zadać pytanie czego szuka tym razem zespół. Tytuł przynosi odpowiedź, a jest nią nasza, charakterystyczna, słowiańska melancholia. Poszukiwanie tegoż ducha nie ma jednak bezpośredniego przełożenia  na jakąś „ludyczność” muzyki. W zasadzie nie ma tu ani jednego dźwięku, który mógłby się kojarzyć z polską czy słowiańską tradycją. Ta dosłowność nie jest zespołowi potrzebna, bo zapada się on w swoją własną, hipnotyczną przestrzeń, kreując dźwiękową opowieść, gdzie słowo jest niepotrzebne, by przenieść się myślami na zasnute mgłą łąki. Jasne, celowo używam takiego porównania, by przywołać kolejny element płyty, który w wykonaniu młodych i w sumie całkiem aroganckich muzyków zaskakuje – „Slavic Spirits” jest płytą w dużej mierze patetyczną.EABS_8_photo_by_O.Bodnaruś

EABS wybrali dość ryzykowną ścieżkę, bo podporządkowywanie jazzowej narracji pewnym schematom, ilustrowanie dźwiękami z góry narzuconych idei to droga pełna pułapek. Grupa zdecydowała się jednak nie wykorzystywać oczywistych możliwości, i dzięki temu, muzyka stała się – musiała się stać! – jeszcze bardziej emocjonalna, napięta i podniosła. Te cechy są z kolei równoważone przez dużą dawkę melancholii, jaka spowija kompozycje i być może jest to jedyne nawiązanie do naszych narodowych cech. EABS za pomocą muzyki szuka miejsca, gdzie może zrozumieć kim jest i dokąd zmierza.

A kwestie instrumentalne? Ok, faktycznie, jeśli ktoś szuka improwizacyjnej ekwilibrystyki, może się zdziwić. Hip-hopu też tym razem nie znajdziemy, nie ma solówek ciągnących się minutami. Jest za to kompozycja jako nadrzędna wartość, ciążąca w stronę największych, bo słychać wspomnianego już Komedę, ale i Czesława Niemena (z okolic „Enigmatic” chociażby), ktoś usłyszał też Michała Urbaniaka, choć akurat na takie porównanie bym się nie pokusił. Na pewno cała tradycja „garniturowego”, polskiego jazzu jest tu obecna, jednak Electro Acoustic Beat Sessions kładzie niewidzialny pomost między nim a współczesnością, która obecna jest nie tyle w brzmieniu co w odwadze wyciągania z klasycznych dźwięków pewnego nowoczesnego pulsu, bardziej ciążącego w stronę groove’u niż swingu. Fascynujące jest to, że te wszystkie niuanse, odniesienia i klimaty są tylko pewnym echem, jakie zostaje po trzech kwadransach obcowania ze „Slavic Spirits”. Brak dosłowności jest największą zaletą płyty.

Nie wiem, czy ta sensacja przetrwa przez dekady i płyta stanie się klasykiem; na dzień dzisiejszy jest to najlepsza jazzowa produkcja bieżącego roku. Rękawica została rzucona, kto odważy się ją podnieść?

Arek Lerch

Zdjęcie: Ola Bodnaruś