EABS – Repetitions – Letters to Krzysztof Komeda (Astimatic)

Cieszy mnie fakt, że jazz w Polsce przestał być muzyką klezmerów, starszych panów w wymiętych garniturach, zapatrzonych w klasyków. Ba, przestał być nawet utożsamiany z młodszymi, wybitnymi twórcami. Za to kojarzy się coraz bardziej z alternatywą, z hip-hopem (który zresztą od zawsze z jazzmanami flirtuje), z muzykami wywodzącymi się z zupełnie innych środowisk, z innym bagażem doświadczeń, niekoniecznie akademickich. I tu właśnie powstaje nowa, rewelacyjna muzyka, nawet jeśli w założeniu ma przywoływać klasyka. W tym przypadku – Krzysztofa Komedę.

Z obiektywnego punktu widzenia człowieka, który nie jest – wiem, że to słowo chyba nie do końca tu pasuje – psychofanem Komedy, sięganie po dorobek tego zasłużonego i maksymalnie zgranego artysty jest ryzykowne z dwóch powodów: po pierwsze, trzeba zwyczajnie dysponować nie tyle umiejętnościami, ale swego rodzaju muzyczną erudycją i intuicją, by zrozumieć myślenie Komedy, po drugie – większość klasyków mistrza została zagrana chyba przez wszystkich, mniej lub bardziej znanych jazzmanów. Wrocławski septet EABS podszedł jednak do sprawy zaskakująco: od strony muzycznej bez niepotrzebnej czołobitności, ale za to ze swego rodzaju arogancją, pozwalającą wyginać kompozycje w różne, niekoniecznie oczywiste strony, zaś z doborem repertuaru poradził sobie znakomicie, wyciągając z portfolio artysty kompozycje mniej znane, zazwyczaj pomijane czy też uznawane za mniej istotne, a konkretnie muzykę stworzoną przez Komedę do etiud baletowych, filmów krótkometrażowych czy animacji z lat 1962-67. I w ten sposób już na początku wygrał pierwszą nagrodę.EABS_8_fot._Hubert_Misiaczyk

Gdybym miał opisać zawartość płyty w dwóch słowach, brzmiałyby one: „bez kompleksów”. Oczywiście, zespół podchodzi do kompozycji z wyczuciem, żeby nie powiedzieć szacunkiem, jednak już rozwinięcie tematów, aranżacje i sposób grania świadczą o dużej otwartości i braku zahamowań. Słychać też dość wyraźnie, z jakich środowisk wywodzą się muzycy. Dużo w tym wszystkim „myślenia samplami”, cięcia i gięcia – od typowego loopowania aż do wywracania warstwy instrumentalnej, zastępowania oryginalnych partii fortepianu instrumentami dętymi itp., no i oczywiście – luźny, ale bardzo czujny flow tej muzyki. W zasadzie w tym miejscu powinienem wymienić konkretnych instrumentalistów, ale cała siódemka gra rewelacyjnie, zatem bez indywidualnych laurek. Jeśli nawet zdarzają się partie bardziej, hmmm, odjechane, zawsze zachowują one nić porozumienia z kompozycją; nic na siłę, żadnych zawodów, równowaga. Czasami muzyka przytłacza katedralną wręcz konstrukcją, np.. „Waltzing Beyond (The Song of the Day the Words Ends)”, to znowu zaskakuje udziałem Michała Urbaniaka (“Free With and no Bra Queen/Slut”). To jednak tylko małe odnośniki, bo liczy się całość, przypominająca napiętą strunę, rozpościerającą się między taką typowo polską melancholią a nowatorskimi zapędami poszczególnych muzyków. Na szczęście – i to mnie najbardziej fascynuje na tej płycie – nikt się tu nie wybija, nikt nie próbuje być solistą. Całość jest znakomicie wyważona, zarówno instrumentalnie jak i kompozycyjnie. Aż strach pomyśleć co ci muzykanci pokażą nam w przyszłości. No i rzecz ostatnia – brzmienie płyty. Po prostu – idealne. Słuchać koniecznie na dobrym sprzęcie!

W zasadzie powyższe słowa są tylko małą „zajawką” tej płyty, o której można opowiadać długo, jednak chyba każdy będzie miał możliwość własnej interpretacji tych dźwięków. Ze swojej strony dodam tylko taki slogan reklamowy: jeśli jazz w 2017 roku, to koniecznie Electro-Acoustic Beat Sessions.

Arek Lerch

Zdjęcie: Hubert Misiaczyk