DR MISIO – Młodzi (Universal Music)

A gdyby tak na czele zespołu nie stał Arkadiusz Jakubik, jedno Arkadiusz Lerch? Przecież ten ostatni też jest młody, a nawet można rzec – przystojniejszy? Czy wtedy płyta „Młodzi” byłaby tak samo antycypowana? Odpowiedź na to dość proste pytanie jest równe banalna – nie. I tu rodzi się kolejny problem, który już przy okazji recenzji Johna Petera Bircha poruszyłem, mianowicie dyskusyjnego – z punktu widzenia jakości – udziału aktorów w płaszczyźnie przekazu muzycznego. Bo czy to muzyka ma nobilitować tegoż, czy raczej o komercyjny aspekt nazwiska chodzi? W przypadku debiutu Dr Misio sprawa rozwiązła się po pierwszym przesłuchaniu – chuj z tym, kto śpiewa, bo przekaz liryczno – dźwiękowy jest po prostu nokautujący.

Na szacunek zasługuje przede wszystkim jedna rzecz – obawiałem się troszkę, że Arek Jakubik stworzy coś w stylu ścieżki dźwiękowej do swoich filmowych bohaterów, którzy utrwalili się w świadomości widza. Czyli, że dostaniemy miksturę Wesela i Domu Złego. Filmów genialnych, jednak będących zamkniętą całością i powielanie ich – na płaszczyźnie dźwiękowej – byłoby czymś z gruntu złym. Do tego dochodził fakt napisania tekstów przez Krzysztofa Vargę, którego „Trociny” i „Tequila” stały się swego czasu moim bolesnym dodatkiem do chleba powszedniego. Nic z tego. Jest inaczej, choć po dziesiątym przesłuchaniu „Młodych” zacząłem jednak czuć takie wibracje jak po lekturze wymienionych wyżej dzieł. Ale – na całe szczęście – bez mentalnej zgagi.

Zastanawiam się, czy przekaz, jaki funduje nam Dr Misio lepiej wchodzi w opakowaniu z dźwięków, czy raczej jako sucha lektura? Może zatem najpierw skupię się na słowach. I tu pojawia się pewien kruczek, bo w pierwszym momencie wydawały mi się te liryki jednak zbyt „słabe” (czyt. – za mało jebiące po twarzy…), być może oczekiwałem mentalnego kopa w jaja, a dostałem jad, który sączy się w powoli choć skutecznie. I oto po którymś tam przesłuchaniu nagle dotarło do mnie, że to płyta o nas, ludziach po czterdziestce, którzy uwikłani w życiowe sytuacje wspominają zaszłości sprzed dwudziestu lat, nie mogąc wyrwać się z marazmu „tu i teraz”. Chcą coś zrobić, ale na spotkaniach cały czas opowiadają alkoholowe historyjki z akademika, choć w domu płaczą dzieci a karta kredytowa uwiera niczym gwóźdź w bucie… Kiedy byliśmy młodzi, czas stał w miejscu a teraz będę państwa obsługiwał, to dla mnie zaDr Misioszczyt i mam swój długi numer identyfikacyjny. Żyjemy w biurokratycznym Auschwitz, a nawet gorzej, bo dzisiaj musimy znać nie jeden, ale kilka numerów, bez których nie istniejemy. A po pracy idziemy po śmierć w Tesco (nawiasem – Tesco ma przerąbane u wielu artystów, że wspomnę tylko Strachy Na Lachy – ciekawe czemu??), gdzie zbieram punkty, faktury a na półkach stoją urny. Hipermarket jest symbolem kultu z jakim podchodzimy do tej naszej codziennej krucjaty, byle by tylko nie narobić na koncie debetu. Jesteśmy samotni za internetowym murem i mailami od umarłego, a kiedy już wstajemy do życia, to liczą się tylko „służbowy telefon, służbowy samochód i służbowy kochanek”, przyrównane do mirry kadzidła i złota. Im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej przerażający obraz współczesnego społeczeństwa się z niej wyłania. Społeczeństwa, które samo już nie wie kim jest i kim chce być. Może to drastycznie ponura wizja, jednak mój niepokój związany jest z tym, że zdecydowanie za dużo elementów można tu dopasować do własnego życia, a to akurat boli. I w tym miejscu okazuje się, że te pozornie nieszkodliwe słowa, Varga zatruł w podstępny sposób, znowu psując mi humor. Co mi pozostaje – może zaśpiewać razem z Jakubikiem: „wyglądam jak chuj, jak stary, głupi chuj…”.

Właśnie – śpiew i muzyka. Zespół nie sili się tu na jakieś wydumane dźwięki, stara się raczej grać mocnego rocka, z różnymi, delikatnymi odniesieniami. Bo trafia się tu i fajna „młodzieżowa” melodia („Mentolowe papierosy”), ale jest też zgrzytliwość nowej fali, gitara rzeźbi nieco obok typowych, rockowych skal a klawisz nasącza muzykę jakimś niepokojącym klimatem. Ogólnie mam wrażenie, że Dr Misio, czy tego chce czy nie, stworzył raczej mało wesołą muzykę, raczej dużo tu minorowych nastrojów, mało kabaretu, tylko poważne, mocne granie.

Zespół nie przesadza z aranżacyjnymi sztuczkami, zadowalając się prostym aranżem, skupiającym się na ekspozycji riffu i ciężkiego, kojarzącego się raczej z minioną dekadą rytmu. Miejscami udaje się oczywiście wpuścić trochę powietrza, jest bardziej skocznie, ale to jak najbardziej poważna płyta, stworzona z pozycji człowieka/muzyka, bez większych złudzeń podchodzącego do życia i muzycznego biznesu. I to tym bardziej może zaskoczyć potencjalnego słuchacza, spodziewającego się raczej czegoś na kształt aktorskiej piosenki rockowej. Nic z tych rzeczy i tu zaczyna się mój duży szacunek do Jakubika, który potrafi niczym David Bowie w okolicy Tin Machine schować się za plecami kolegów, nie eksponując swojej osoby, pozwala przemawiać muzyce. Jasne, że nazwisko przyciąga i trudno się temu dziwić, jednak należy się liczyć z tym, że kontakt z „Młodymi” będzie doświadczeniem mocnym, nie zawsze miłym, ale na pewno wartościowym. Oczyszczającym. Z drugiej strony – czy oglądając „Dom Zły” liczymy na rozrywkę?

Arek Lerch