DAUGHTERS – You Won’t Get What You Want (Ipecac)

No to mamy kolejnego, murowanego kandydata do tzw. płyty roku. Tym razem nie ma piosenek, nie ma indie czy ciągnącego się godzinami transu. Jest Daughters i ich nowa płyta, która nieprzyjemny, dysharmoniczny i momentami całkowicie popierdolony hałas wyniosła do rangi akademickiej sztuki, głównie za sprawą nieszablonowego myślenia i chamskiego łamania schematów. W efekcie mamy miksturę, której próba klasyfikacji może doprowadzić recenzenta do rozstroju nerwowego. A to chyba najlepsza rekomendacja.

Nie od dzisiaj wiadomo, że na Violence noise rocka darzymy dużą estymą. Wiadomo też, że niżej podpisany za klasykami gatunku z lat 90. wzdycha przynajmniej raz dziennie. Trzeba jednak przyznać, że w ostatnich latach gatunek się odrodził, pojawiło się też parę zespołów, co noise po linii Shellac czy The Jesus Lizard młócą wzorowo i niesamowicie świeżo. Pisaliśmy o Buildings, o prześwietnym „Success” KEN mode czy niemieckim Buzz Rodeo, który na „Combine” bezpardonowo konkuruje z kolegami zza wielkiej wody. Każdy miał coś ciekawego do zaoferowania, zazwyczaj jest to jednak bardzo udana – muzycznie i brzmieniowo – repetycja przeszłości. Nie ukrywam, że od czasu do czasu zastanawiałem się, kiedy w końcu ktoś w twórczy sposób wykorzysta spuściznę i tchnie w nią coś więcej. Iskrę, szaleństwo i odważnie rozprawi się z klasykami. Dzisiaj wiem, że udało się to Daughters. Nowa płyta już od pierwszych dźwięków budzi opór. Bo kto normalny rozpoczyna krążek takim dziwactwem jak „City Song”?! A to dopiero początek, bo „You Won’t Get What You Want” zaskoczeń, z którymi wręcz przy pierwszym podejściu się nie zgadzałem, zawiera dokładnie dziewięć. Bo tyle jest na płycie kompozycji. Daughters zrobili to, co nie udało się na „Loved” KEN mode. Bo o ile Kanadyjczycy próbowali delikatnie zaznaczyć, czy może jedynie wysondować jak zostaną przyjęte zmiany w ich muzyce, o tyle Daughters mówią wyraźnie i głośno: pierdolcie się, albo kupujecie to co mamy do zaoferowania, albo spadajcie. No i rozjeżdżają noise’ową lutę (w sumie, noise jest tu tylko malutkim punktem wyjścia…) na wszystkie, zazwyczaj nietypowe sposoby.Daughters band

Po kolei zatem; o „City Song” już wspomniałem. Drone’owy odjazd z wkurzająco przegiętym brzmieniem na początek co najwyżej odstraszy mniej odpornych, dalej jest równie ciekawie. Nie wiem, na ile jest to premedytacja, ale Daughters starają się nas przede wszystkim zdenerwować, wytrącić z równowagi, proponując dźwięki zwyczajnie trudne, w najlepszym razie drażniące, zadziwiające zwrotami akcji. Najciekawszy przykład to „Satan in the Wait”, gdzie transowy, dość ponury klimat zostaje zaskakująco rozbity rozjaśnieniem aranżacji za sprawą dziwnego brzmienia pianina (chyba…), momentami zespół wspina się na wyżyny hałasu („The Lord Song” – gitara na granicy tolerancji słuchu,  zbliżające się do klasyki noise „The Reason They Hate Me” i ” The Flammable Man” ), to wpada w industrialną motorykę („Long Road No Turns”). Muzykom nie są znane granice – z równym powodzeniem sięgają po gotycką szorstkość (niepokojący, nasączony czarnym klimatem „Daughter”) co przyduszone, realizowane po linii wczesnych dokonań Cave’a dźwięki w „Less Sex” (zresztą, „Ocean Song” przywołuje najlepsze wspomnienia The Birthday Party…). Najważniejsze jest jednak to, że te wszystkie skojarzenia są jedynie drobnymi drogowskazami, bo zespół bezustannie niszczy równowagę, dociskając pedał, eksperymentuje z brzmieniem i formą utworów, przez co nic nie jest normalne. Paradoksalnie, takie działanie jest powrotem do klasycznych założeń muzyki, która miała denerwować i wywoływać poczucie dyskomfortu. Bohaterem płyty jest gitarzysta Nicholas Andrew Sadler – zapamiętajcie to nazwisko, bo gość jest całkowitym psychopatą, który potrafi swoje demony przełożyć na gitarowy hałas; nazwanie go innowatorem instrumentu nie jest bezzasadne.

Obiektywnie jest w tym wszystkim doza zadęcia, patetyzmu i być może są to elementy, przez które trudno traktować „You Won’t Get What You Want” jako kawałek zwykłej rozrywki; Daughters jako przeciwieństwo muzycznego kabaretu sprawdza się jednak doskonale. Nawet jeśli nie można ich nowej płyty słuchać codziennie…

Arek Lerch