CHRYSTE PANIE – Chryste Panie (Plaża Zachodnia)

Przyznam, że przypadek Chryste Panie należy do trudniejszych, z jakimi się zetknąłem. Enigmatyczność tej propozycji, nie poparta żadną reklamą, jednocześnie sam zespół, który nie ułatwia nikomu zadania, choć przecież znakomicie wpisuje się w całą, alternatywno – improwizowaną scenę, skłaniają mnie do refleksji nad tym, czy to jedynie jednorazowy wyskok, czy możemy się spodziewać ze strony tego kwartetu czegoś więcej.

Ale nawet jeśli zostawią po sobie tylko niniejszy album, będziemy do niego jeszcze nie raz wracać. Dlaczego? Bo jest to ciekawy przykład wyjścia poza konwencję. Z jednej strony mamy do czynienia z improwizacją, jednak zaskakuje jej totalny charakter. Pozbawienie muzyki wokali, oraz skierowanie środka ciężkości w stronę dialogu saksofonu z syntezatorem jest dość oryginalne. Nawet sam saksofon, który przecież ostatnio jest wykorzystywany wręcz zbyt często, na tej płycie porzuca sprawdzone ścieżki i udaje się w krainę dysonansów, momentami drażniącego wręcz koloryzowania. To jednak nie wszystko – zespół, zamiast basisty zatrudnia gościa, który wali w baraban, który to instrument razem z perkusją stanowi duet, kierujący muzykę w stronę szamańskiej wręcz hipnozy. Jest w tym coś z yassowego myślenia, choć zamiast typowej dla tej sceny rubaszności, zespół raczej zamyka się w sobie. Umiejętności posiadają wirtuozerskie, ale zamiast tego stawiają na spontaniczne, czasami graniczące z chaosem zabawy. Chryste Panie

Cała płyta (enigmatyczność podkreślają tytuły kawałków – Przyjście, Wejście, Przejście, Zajście, Zejście, Wyjście, i Pójście…) to jeden wielki tygiel, w którym kotłuje się muzyka. W gruncie rzeczy trudna, bo unikająca takich „ładnych” haczyków, na których możemy zawiesić ucho. Zostajemy wręcz wrzuceni w gęstwinę dźwięków, wśród których trzeba nauczyć się poruszać. Na pewno za pierwszym razem będziemy raczej zagubieni niż zachwyceni. Zachwyt przyjdzie z czasem, kiedy poszczególne utwory staną się rozpoznawalne. Podobno zespół cały materiał nagrał bardzo szybko, za pierwszym podejściem i to słychać – w zasadzie obcujemy z surowymi formami; dźwięki kotłują się, zderzają ze sobą, to odbijając się, to łącząc w jakieś dzikie orgie. Momentami się w tym gubię – nie do końca jestem w stanie zawyrokować, czy to surowa, dopiero kształtująca się natura muzyków jest motorem tej płyty czy to raczej geniusz i dzieło skończone, dokładnie przemyślane i dopracowane. W zasadzie, żeby wydać werdykt ostateczny, musiałbym zobaczyć ich na koncercie. Co nie zmienia faktu, że z pewnym ociąganiem, pewną niepewnością, gdzieś z tyłu głowy uznaję materiał tych szaleńców za godny miana Albumu Tygodnia. Mam nadzieję, że to nie koniec podróży, ale doskonały, trudny do zdefiniowania początek drogi.

Arek Lerch