CALM THE FIRE – Doomed From The Start (Antena Krzyku)

Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu, że szarpanie się z muzyką w poszukiwaniu na siłę czegoś odkrywczego i nowatorskiego prowadzi tylko do frustracji i wrzodów żołądka. Chętniej posłucham znanej konfiguracji dźwięków, ale podszytych silnymi emocjami i talentem niż wynalazków estetycznie ukierunkowanych na zupełnie innego odbiorcę – przeważnie młodszego. Siłą rzeczy mam już swoje przyzwyczajenia i najbardziej cieszy mnie, kiedy nuty znajome jak ulubione kapcie nabierają w wykonaniu młodych zespołów nowych kolorków i brzmią, jakby właśnie cały gatunek przeżywał złote lata. Uwielbiam szybki hardcore, d-beat i szwedzki death metal, a więc drugi album Calm The Fire odbieram, jakby nagrano go specjalnie z myślą o mnie.

Umiejscawiając „Doomed From The Start” w stosunku do starszego o cztery lata pełnoczasowego debiutu There Is No Cure można śmiało powiedzieć, że stylistycznie… nic się nie zmieniło. Ok, poprawie uległo brzmienie – ówczesna, crust’owa surówka miała swój urok, ale podbicie gitar w miksie i ładnie jadący dołem bas a środkiem wokal nadają całości stosownego, „sunlightowego” charakteru. Całość jednak wciąż mieści się w szufladce nazywanej z przekąsem „entombedcore’m”, czyli na przecięciu metalowego walca Entombed z czasów „Uprising” i „Morning Star” z podmetalizowanym hardcore’m w stylu Cursed, His Hero Is Gone, Tragedy czy nieodżałowanego Daymares. To jednak forma, a treść muzyki Calm The Fire stanowią szybkie, krótkie numery-lewe sierpowe, świetnie napisane i wściekłe jak Kukiz na wiecu. W odróżnieniu od wałkującej retro-taniochę sceny metalowej, hardcore’owcy pchają temat w zwartą, pogonośną lutę, która nie myśli gatunkami tylko każe rozdupczyć meble w amoku wywołanym jarskim bigosem i oparami yerba mate. I choć dietę mieli inną, to ojcowie założyciele z północy te właśnie wartości pielęgnowali. One znów tu są, i tańczą dla mnie.Calm the Fire Band

Nic odkrywczego nie powiem, ale zabawne koło zatoczyły dzieje. Pod koniec lat 80. metalowcy zaczęli grać punka i po czasie nazwano to „szwedzkim death metalem”. Dziś punki grają szwedzki death metal, który nazywa się „metalizujący hardcore” czy jakoś tak… Niezależnie od tego, kto i kiedy był pierwszy, wibracja przetrwała, a tamta muzyka żyje i ma się dobrze. Po prostu łatwiej ją spotkać na skłocie niż w Metal Hammerze. Mi to pasuje, a „Doomed From The Start” to 20 minut samych cudowności, które cieszą mnie jak mało który tegoroczny metal.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Robert Pawłowski