BUZZ RODEO – Combine (Antena Krzyku)

Najbardziej amerykański z niemieckich zespołów powrócił z nową płytą „Combine”. Nową, lepszą i… mniej oryginalną. Czyli w zasadzie dosadniejszą od „Sports”, może nawet mniej wymagającą. Ale przez to dużo szybciej łapiącą za gardło. Paradoks?

W ostatnich czasach zauważyłem pewną prawidłowość odnoszącą się do młodych (ok, także nieco starszych) czeladników wyświechtanej, ale wciąż kuszącej sceny noise rockowej. Otóż, w najprostszym ujęciu, im bardziej młode/nowe zespoły, korzystając z dobrodziejstw swoich pryncypałów sprzed lat, chcą wymyślić coś własnego, teoretycznie oryginalnego i lepszego, popadają w śmieszność albo wydalają przyciężkawe buły, które zamiast miażdżyć (założenie), niemiłosiernie męczą (rzeczywistość). Z drugiej strony – wykonawcy, którzy się poddają, uznając, że nic lepszego od klasyków z epoki nie wymyślą, płodzą zaskakująco dobre i wciągające płyty. Tak było z KEN mode, z niedawno opisywanym Buildings, tak jest i z BuzzRodeo.BR band

Pozornie niemiecka załoga nie zrobiła niczego, co byłoby kompozycyjnie lepsze od „Sports”. Składniki się zgadzają, energia też, przesunięty został jedynie leciutko środek ciężkości. Z nowej fali czy może post punka w stronę bagnistego, bluesowego wyziewu. Nieco inaczej ustawiono brzmienie bębnów (mistrzostwo, życzę każdemu rockowemu zespołowi takiego pięknego dudnienia beczek…), gitarowe riffy i dysonanse śmierdzą na kilometr dziedzictwem Duane Denisona, może jedynie podejście do basu mnie zaskoczyło, bo ustawienie średniego pasma „pod gitarę” ciutkę osłabiło mięsistość brzmienia czterech strun obsługiwanych przez nową osobę w zespole, panią Danielę, choć i w tym wyczuwam po chwili przyzwyczajenia sens. Ok, jaki jest efekt? Rewelacyjny – z kompozycji odsączono niepotrzebny tłuszcz, zostawiając samą esencję. Każdy instrument gra w sumie proste, ale cholernie sugestywne partie a całość ma moc nosorożca. Muzycznie BuzzRodeo – zakładam, że całkowicie świadomie – ustawił się gdzieś w środku trójkąta wyznaczonego przez „Goat”, „Liar” i „At Action Park” (w mniejszym stopniu), co oznacza oczywiście dominację Jaszczurek. Czasami dość bezpośrednią bo przy kilku fragmentach płyty (np. „Nice Guy”) z niedowierzaniem się uśmiechnąłem, zakładam jednak, że owe „dosłowności” wynikały z zauroczenia a nie niemieckiej skłonności do kopiowania. W każdym razie – nawet jeśli nie słyszę na tej płycie ani jednego, nowego dźwięku – słucham tego materiału z wielką, niekłamaną przyjemnością. Okazuje się, że noise ma sens tylko wtedy, kiedy nie odcina się na siłę od korzeni.

Arek Lerch