BODY/HEAD – No Waves (Matador/Sonic)

Czas radości, wesołości nastał, bo kupujemy prezenty i obdzielamy się nimi, czy tego chcemy czy nie. Ja też mam idealny prezent pod choinkę, dostarczony przez stajnię Matador – nowe dzieło Body/Head. Koncertowe, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Chyba raczej nie. I wszystko w normie – Kim i jej towarzysz nie zmienili się ani troszeczkę. Chyba, że za progres uznać jeszcze większą niechlujność w grze i jeszcze większą dziurę we łbie jaka pozostanie po lekturze tego krążka.

W wydanej kilka miesięcy temu książce „Dziewczyna z zespołu” Kim Gordon, basistka Sonic Youth, w bezkompromisowy sposób rozprawia się ze sceną muzyczną, opisuje relacje panujące w środowisku nowojorskiej, alternatywnej bohemy a przede wszystkim kopie prosto w jaja swojego byłego męża, który zostaje opisany… no, powiedzmy, że raczej mało pozytywnie. Jest to dość jednostronna wypowiedź, a jej muzycznym odpowiednikiem staje się projekt Body/Head, którym Kim daje jasno do zrozumienia, jak głęboko w dupie ma konwenanse, tonacje, harmonie i powszechnie panującą poprawność polityczną. Jeśli słowa was nie przekonają, zrobią to dźwięki. Pani Gordon doskonale wie czym jest całkowita, wyprana z jakichkolwiek zależności i wątpliwości, bezkompromisowość. Już debiutancki krążek Coming Apart z 2013 roku definiował „muzykę” tego duetu, który współtworzy Bill Nace: pozbawiona szkieletu, bezkształtna masa, tworzona przed dwie gitary i błąkająca się między dysonansowymi dźwiękami narracja Kim. O ile studyjna wersja mogła być uznana za coś w rodzaju zabawy dźwiękiem, o tyle najnowsze dzieło, będące zapisem koncertu na festiwalu The Big Ears w Knoxville (marzec 2014r.), nie pozostawia wątpliwości, że ta para faktycznie gra dokładnie tak jak się czuje.bodyhead

I na tej podstawie boję się myśleć co tkwi w głowie Kim, bo nie wątpię, że to ona narzuca tu tzw. styl. Zaprezentowane na koncercie dźwięki są tak paranoiczne, niestrawne, że… aż piękne. „No Waves” to absolutnie oderwana od rzeczywistości, pozbawiona kalkulacji, szczera i wściekła podróż dwojga wykolejeńców, którzy niczym Bonnie i Clyde noise’owej ery, chcą zabić swoimi dźwiękami każdego potencjalnego słuchacza. Archetypicznie potraktowana gitara elektryczna, bardzo umowne rozumienie słowa „strojenie” i wokalna „maestria” Kim są tu tak przytłaczające, że w pewnym momencie poczułem się nieswojo, może nawet było to zażenowanie, bo nie do końca wiem, jak się do tego ustosunkować. Kiedy słucham zawodzenia, wycia i pohukiwania Kim, drażniących gitarowych sprzęgów i okazjonalnego, spazmatycznego dmuchania w harmonijkę ustną, wierzę, że grają dokładnie to co chcą, pokazując światu srogiego faka. Coś takiego gdzieś w początkach uprawiał Swans (tyle, że Gira i koledzy nie udawali, że grać nie potrafią…), gdzieś słychać oczywiście Sonic, ale Kim i Bill bardzo się pilnują, żeby przypadkiem nie zagrać czegoś, co może być uznane za choćby zalążek tzw. „kompozycji”. Jestem w stanie uwierzyć, że oni są wk… na cały świat. Idealny album tygodnia. Musowy prezent pod choinkę. Kto zdzierży, ten mistrz.

Arek Lerch