BŁOTO – Erozje (Astigmatic Records)

W jakimś sensie było to oczywiste, że tak doładowany skład, jakim jest EABS, musi wydać na świat jakąś mutację, że muzykanci nie wytrzymają. No i jest Błoto – nazwa idealna, bo o ile EABS chodzi po zamglonych łąkach i szuka duchów, to nowy zespół na „Erozjach” ryje w glebie i szuka fizyczności. Tego wulgarnego, prostego, ale i sugestywnego poczucia spełnienia. Czy to nadal jazz? A czy Urbanator to Jazz? Czy  hip – hop jest jazzem? Takie pytanie stawiam sobie podczas lektury tej świetnej płyty.

Podobno historia składu jest bardzo prosta. Zespół powstał przypadkowo z potrzeby wyrzucenia z siebie energii i poszukania nowych kanałów muzycznych. Podobno na trasie był dayoff i po drodze do Gdańska wyewoluował kwartet, który – też podobno – zamelinował się w studiu Grzegorza Skawińskiego i nagrał na żywca całą masę materiału, z którego na płycie umieszczono 40- minutowy konkret. Tyle historia, reszta to już życie: jest płyta, były koncerty, czas na kolejne, choć akurat, kiedy piszę recenzję, świat zalewa fala wiruso-paranoi (czy może grozy?), która wywróci nasze życie do góry nogami i nie wiadomo, czy w ogóle będzie dla kogo grać, gdzie grać i po co grać, ale to już temat na inną dyskusję… Podobnie jak w przypadku EABS, tak i tu pojawiają się proekologiczne wątki, płyta dzieli się na ziemie żyzne i jałowe, jest wątek erozji, której ulega ziemia, w czym duży (tragiczny) udział ma człowiek. Jakoś się to wszystko wpisuje w sygnały, które daje nam świat za pomocą rzeczonego wirusa. Jest tak, czy może wcale nie? Dość, że zespół jest ideologicznie napięty, ale co najważniejsze, idzie za tym muzyka, która nie pozostawi nikogo obojętnym, a to duża sztuka.BŁOTO band

Podobnie jak przy Synchrotronach, czuję tu pewną klamrę, spinającą materiał – wszystko zaczyna się od szumiących, lekko psychodelicznych „Kałuż”, a kończy eabesowskimi w klimacie „Glebami brunatnymi”. Zespół zaznacza w ten sposób pewną płaszczyznę narracji, nie odcina się ostatecznie od macierzy, ale w środku proponuje dźwięki dużo bardziej siłowe. Przede wszystkim, jest w tym charakterystyczna dynamika hip hopu; rytmika to ważny element muzyki Błota, żywe gruwy napędzają „Czarnoziemy”, „Bagna” i „Czarne ziemie”. Słuchać głośno i szukać niuansów harmonicznych. Ta muzyka żyje i słychać, że została stworzona spontanicznie, choć posiada w sobie dryg, na jaki może sobie pozwolić fenomenalnie zgrany kolektyw. Z drugiej strony zespół sięga po elementy jungle i drum’n’bass w „Mady” czy „Rędziny”, ale zaznacza też, że owa pępowina łącząca ich z tradycją jest obecna (świetnie brzmiący, „stary” swing w „Bielicach” czy nieco balladowe, nostalgiczne „Ziemie zdegradowane przez człowieka”). Wszystko jest zagrane z polotem, czuciem i pomysłem. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nikt się nie wychyla i aż trudno uwierzyć w spontaniczność całej akcji.

Czy Błoto redefiniuje jazz? Jak napisałem we wstępie, nie są to może elementy zupełnie nowe, ale jednocześnie trudno polemizować z ich zadaniem i emocjonalnym napięciem, jakie tryska z tej muzyki. Świeżość, polot, technika i przede wszystkim myślenie o kompozycji, która jest najważniejsza, to podstawa tej płyty. Jeśli ktoś uważał, że „Slavic Spirits” to propozycja zbyt klasyczna i za bardzo uporządkowana, niech sięga po „Erozje”. Klimat wyczuwalny, ale rozgardiasz dużo większy.

Arek Lerch