BLINDEAD – Niewiosna (wyd. własne)

Poprzednią płytę Blindead, „Ascenscion” przywitałem – cytując klasyka – „disappointed but understanding”. Ze spokojem i bez żalu stwierdziłem, że zespół logicznie i konsekwentnie dryfuje w stronę swoich progrockowych ambicji. Znikną za horyzontem, być może dopłyną na Wyspy Mainstreamu – relacja słuchacza z artystą to nie małżeństwo i nie ma powodu robić dramy, kiedy każde idzie w swoją stronę. Dysocjację Blindead śledziłem więc bez emocji, 10-lecie „Autoscopii” było miłym, sentymentalnym tripem, ale przecież oni i ja byliśmy już gdzie indziej. W przypadku „Niewiosny” działa więc efekt prezentu, którego nikt mi nie obiecał, ale przy okazji czuję, że Blindead gra dziś bardziej dla mnie niż kiedykolwiek wcześniej.

Lubię „legendy” towarzyszące płytom. Ten barwny kontekst, który osładza odbiór, a który dla większości i tak nie ma znaczenia, bo „liczy się muzyka”. Otóż jeśli nie ma wyłącznie brzęczeć w tle, to liczy się wszystko, nawet to wyolbrzymione i podkoloryzowane w głowie. I tak oto Blindead, któremu skład zdysocjował a osobowość rozmyła się między sentymentalną podróżą w czasie a nieudanymi poszukiwaniami staje wobec pytania: co dalej? Zamiast kompulsywnie szukać siebie na flipcharcie i pośród wykresów zespół wraca do źródeł. Zaprasza do współpracy kolegę, który to kolega, tak się złożyło, jest jednym z najbardziej wyrazistych głosów współczesnej muzyki, hm, metalowej? Ludowej? Razem zamykają się na parę dni w chacie na Kaszubach. I tworzą. Z dala od nieadekwatnych ambicji i oczekiwań słuchaczy powstają numery-podróże. Transowe i długodystansowe krauty/rocki industrialne oderwane od tła postmetalowego, progrockowego czy blackmetalowego. Zespół otwiera się na Artystę Ludowego, czerpiąc z jego wrażliwości. Artysta Ludowy nie dominuje materiału, daje się nieść zespołowi, swoją narrację snując oszczędnie, rwanymi impresjami lub czystą wokalizą. Więcej go w duchu niż w głosie, zaś Blindead znów przemawia głosem najbardziej przejrzystym od czasu „Impulse”, a może i od debiutu. Wraca magia i niepokój pod dźwiękiem, „Niewiosna” brzmi jak twór organiczny ze spójnym przekazem, który nie sprawia wrażenia „znanej kapeli z innym znanym typem na doczepkę”. Wraca też to uczucie, że Blindead jest „moim” zespołem i mówi mi prosto w serce.BLINDEAD

Jest coś bardzo ludzkiego w omylnych artystach i potykających się zespołach, to też część ich „legendy”. Sieć daje megafon rozmaitym mądrym głowom, z których każda jest ekspertem od prowadzenia kariery, wyborów artystycznych (zawsze cudzych) i tego, jak się (nieważne kto, zawsze „się”) będzie taką czy inną płytę odbierało za 10 lat. Ja nie mam pojęcia jaka będzie uśredniona ocena „Niewiosny” za jakiś tam czas, nie wiem nawet jaka będzie wtedy moja własna. Doskonale zrozumiem za to, jeśli w eterze wybrzmią głosy o nieczytelnym eksperymencie czy pretensjonalnym wyskoku pogubionego zespołu. Zrozumiem, jeśli komuś będzie brakowało „piosenek” nawet, jeśli dzisiejszy Blindead nie stara się ich grać i trzeba ich po prostu poszukać gdzie indziej. Jak świat światem, wyrazista muzyka polaryzuje opinie i raz wyprowadzi kapelę na szczyt a innym razem przetrąci jej kostki. Pytanie do ciebie, czytelniku, czego oczekujesz? Uczciwej wypowiedzi artystycznej czy firmy usługowej która dowiezie elevator music w formie rocka z pazurem? Nie daję gwarancji, że lot z Blindead dla każdego będzie tak satysfakcjonujący jak dla mnie. Własna opinia i tak jest ważniejsza niż pisanina jakiegoś mędrka z internetu. Twierdzę jednak , że z „Niewiosną” nie tyle warto się zmierzyć, co w pewnym sensie należy. To płyta tak osobna i cenna, że dobrze byłoby wyrobić sobie do niej choćby i szczerą niechęć.

Bartosz Cieślak