BLINDEAD – Absence (Mystic)

Zespołowi Blindead kibicuję od samego początku i z każdym kolejnym wydawnictwem zastanawiam się czy następna płyta nie okaże się potknięciem, po którym będę musiał z przykrością przyznać, że sorry, ale nie tym razem… Cóż, na razie się na to nie zanosi, bo z każdą kolejną płytą przeskakują samych siebie. Ale „Absence” jest nie tylko kolejnym albumem Blindead lepszym od poprzednich – zabrzmi to jak sroga, egzaltowana przesada, ale ta płyta jest wyjątkowa sama w sobie, bardzo osobista i cieszy nie tylko jako czas spędzony z doskonałą muzyką, ale też uderza w nuty bardziej emocjonalne, jakkolwiek pretensjonalnie to nie brzmi.

Pierwsze próbki „Absence” rzucone na żer internautów rezonowały narzekaniem na złagodzenie formy, zmianę kierunku na bardziej rockowy, a to że wokale nie takie… Mało kto wie lub pamięta, ale Blindead, jeszcze pod szyldem Incorrect Personality, miał grać muzykę w klimatach „katatoniowo-opethowych”, więc zwrot w stronę mniej metalową nie powinien być aż takim zaskoczeniem. Uproszczenie sprawy do stwierdzenia, że „Havoc wreszcie gra to, co zawsze chciał grać, czyli te swoje Katatonie” nie załatwia tu moim zdaniem sprawy, nie tylko dlatego, że mówimy tu o albumie o klasę lepszym artystycznie niż ostatnie dokonania smutnych Szwedów. Blindead spokojnie mógłby nagrywać „isisy” do usranej, ale zamiast tego odwraca się od sludge’owych ciężarów (zachowując transowy, niepiosenkowy sznyt swojej muzyki) i odrzuca znoszony i przyciasnawy od dawna gatunkowy garnitur. „Absence” logicznieBlindead Band wynika z poprzednich albumów, ale to bardziej melodyjne, melancholijne i przestrzenne granie brzmi tutaj jak najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby Blindead nigdy nic innego nie grał i nie chciał grać.

Opisywanie i rozbiór na czynniki pierwsze poszczególnych utworów, nie ma sensu o tyle, że „Absence” słucha się (a przynajmniej słucha się w moim domu) w całości, bez podziału na konkretne numery czy lepsze lub gorsze fragmenty. Ta muzyka żyje, oddycha i wypełnia przestrzeń, kolejne riffy i melodie płynnie przeskakują jedna w drugą, melancholijny klimat idealnie równoważy rockowo-metalowa dynamika, i choć ewidentnych hitów tu nie ma, to kawałki wgryzają się w mózg od pierwszego odsłuchu. Ta muzyka ma kolor sepii i zapach grabionych liści (piszę prawą ręką – lewą trzymam się za twarz załamany własną grafomanią), ale przede wszystkim ma duszę, której nie zamordowała chłodna kalkulacja, zerojedynkowe myślenie o kierunku poszukiwań ani wybujałe ambicje artystyczne.

Najwybitniejszy krytyk filmowy w historii dziennikarstwa, nieodżałowany Roger Ebert powiedział kiedyś, że dobry film nigdy nie jest depresyjny, za to każdy zły film jest. Ta sama zasada odnosi się do muzyki czy jakiejkolwiek innej gałęzi sztuki, może poza performance’m polegającym na owinięciu się folią aluminiową. Blindead nagrał swoja najbardziej melancholijną płytę, ale nijak mnie ten album nie przygnębia – przeciwnie, idealnie korespondując z aurą za oknem rewelacyjnie poprawia nastrój, jak każdy kontakt z doskonałą muzyką. Jasne, że można woleć starsze nagrania zespołu, nie przepadać za swobodniejszą formułą „Absence” czy po prostu mieć nieograniczone zapotrzebowanie na wszystko, co pachnie dziedzictwem Neurosis. Warto jednak wcześniej spróbować zaprzyjaźnić się z tak znakomitym materiałem, który przypomina, że słuchanie muzyki może być przygodą.

Bartosz Cieślak