BLACK MIDI – Schlagenheim (Rough Trade/Sonic)

Żyjemy na kulturalnym śmietniku, który nas wciągnął, zainfekował i nawet jego zgniły odór już nie drażni. Wszystko już było, zatem wystarczy pogrzebać w śmieciach i na pewno wyciągniemy coś, co dłuższy czas nikogo nie interesowało. Wystarczy wyczyścić, nadać nową nazwę i zacząć wrzeszczeć, że oto mamy śmietnikowe odkrycie roku. Choć, w zasadzie – tygodnia, bo taki termin ważności mają nowinki kulturalne. Czy Black Midi przetrwa dłużej?

Przyznam, że takich supernovych znam co najmniej kilkadziesiąt. Zespoły, które eksplodowały, wysadzając w powietrze scenę, po kilku tygodniach czy miesiącach okazywały się być tylko chwilowym kaprysem tego biznesu i poza krótką egzaltacją paru dziennikarzy nic z tego nie zostawało. Były zespoły, które nawet próbowały na dłużej zagościć w świadomości, ale nikogo już nie interesowały. Najdobitniej przekonuję się o tym, kiedy sprawdzam co dzieje się z wykonawcami, którzy w jakimś momencie tzw. kariery zaliczyli status supernovej. I ze zdziwieniem przekonuję się, że często są to grupy nadal czynne, z kolejnymi płyty, którymi nikt się nie interesuje, bo jednorazowy wykwit ponad skłębioną masę wszystkim wystarczył. Są chlubne wyjątki, ale na tyle sporadyczne, że nie stały się jakimś precedensem. I w tym miejscu z niejakim niepokojem anonsuję zespół Black Midi, który już został przez brytyjską prasę (skłonną do przesady, co budzi zrozumiałą ostrożność…) okrzyknięty „nowym rodzajem gitarowej muzyki”.

Dlaczego z niepokojem? Bo być może za dużo się od tych młodzików wymaga i pewnie jedna płyta stanie się ich największym osiągnięciem. Złośliwe to strasznie, bo przecież mają dużo możliwości a na swoim debiutanckim albumie otworzyli tyle furtek, że mogą pójść gdziekolwiek, zostać zespołem jazzowym albo wrócić do kościelnej kruchty, gdzie jak wieść niesie, szlifowali swoje umiejętności. Zresztą, patrząc na techniczny bagaż, jestem pewien, że jeśli nie pod szyldem Black Midi, to jako instrumentaliści na pewno gdzieś wypłyną… Na razie jednak spijają śmietankę, nazywani są This  Heat XXI wieku, zaliczają falę zachwytów, wyprzedanych koncertów i w sumie niczemu się nie dziwię, bo „Schlagenheim” zaskakuje, szczególnie podczas pierwszej konfrontacji. Każda kolejna sesja troszkę uspokaja rozgrzaną głowę; tylko trochę, bo Black Midi ma w sobie coś, co robi z nich sensację na miarę drugiej płyty Savages. Chodzi mi oczywiście o pewien klimat dekadencji i szum wokół zespołu.BlackMidi_HighResScans_DK_2-1-1

Składniki? Powszechnie znane – trochę zgrzytliwej, hałasującej gitary po linii najlepszych, post punkowych bandów z tej i tamtej strony wielkiej wody. Doskonały puls, czasami funkujący, to znowu dotykający jazzowego frazowania (czarnoskóry perkusista to jest jednak błogosławieństwo), wokalna blaza i odwaga w sięganiu do rozwiązań niekoniecznie kojarzących się z rockowym podziemiem. Szczególnie w temacie konstrukcji, o ile bowiem gitarowe dysonanse w „953” czy „Near DT, MI” wpisują się w post punkową estetykę, o tyle niemal progresywne (ok, neoprogresywne) rozbuchanie „Western” czy „Of Schlagenheim” mocno zaskakuje. Co ciekawe, nawet w tych najprostszych numerach zespół potrafi wkomponować zagrywki z innej bajki, czasami jest to namiastka improwizacji, to znowu jakaś motoryczna sekcja, jak w „bmbmbm”, gdzie natrętnie przypomina mi się wczesny TRHCP (oszalałem?). Gdzieś spotkałem się z określeniem math rock, dla mnie bez sensu, ale jeśli już szukać takich tematów, to szalikowców łamania zaspokoi np. „Years Ago”, gdzie w nieco ponad  dwóch minutach upakowali tyle technicznych wygibasów że hej.

Niewątpliwie, jest to jeden z najciekawszych debiutów w 2019 roku. Oryginalny, silnie zindywidualizowany, odważny formalnie i technicznie dopracowany. A jednocześnie – co muszę bardzo pochwalić – mimo napięcia, udaje się londyńczykom zachować wyspiarski luz. Mam nadzieję, że nie wywrócą wszystkiego do góry nogami jak VietCong albo nie zamilkną na lata wzorem prześwietnego Girl Band. Trzymam kciuki za sukces. Czymkolwiek on jest…

Arek Lerch