BASTARD DISCO – Warsaw Wasted Youth (Antena Krzyku)

Czek, czek… próba dostrojenia. Musiało minąć parę chwil – sam nie wiem, czemu – żebym się w tej płycie rozsmakował. Młode chłopaki z Bastard Disco stworzyli rzecz zaskakująco dobrą, z jednej strony opierającą się bardzo mocno o ten zaginiony i wiecznie u nas celebrowany świat złotej dekady hałasu, ale jednocześnie brzmiącą jak mocniejsze i bardziej zawadiackie, indie rockowe załogi. Jeśli ta płyta nie chwyci was za gardło, to nie wiem, kto może to zrobić.

Pozornie nie ma tutaj niczego szczególnie genialnego, sam dałem się złapać, traktując „Warsaw Wasted Youth” jako kawałek „tylko fajnej” muzyki. I tak minęło kilka chwil, aż wreszcie się zakochałem w tym co robi warszawska załoga. Sięganie do skarbnicy lat 90. nie jest w żadnym razie niczym nagannym ani tym bardziej oryginalnym, choć w przypadku Bastard Disco nie ma mowy o tanim sentymencie. Owszem, są klisze, ale sprawnie wykorzystane, dobrze przetworzone i umiejętnie wprzęgnięte w zespołowy styl. Jest dawka hałasu, ale nie do końca ekstremalnego, tak, by mogło spodobać się np. fanom Nirvany, choć jednocześnie zespół bardzo sprawnie wykorzystuje te wszystkie zabawy ze sprzęgami, udaje luz i przybrudza muzykę stylowym kurzem. Piszę: „udaje”, jednakże nie ma to negatywnej konotacji, chodzi raczej o kreację wizerunku, w który łatwo uwierzyć.3 fot_Wojtek Kocur

W praktyce dostajemy osiem bardzo dobrze zaaranżowanych kompozycji, nie za długich, może z wyjątkiem improwizowanego finału w postaci „Towards the Void”, gdzie przez siedem minut jesteśmy karmieni melancholią rodem ze skarbnicy Rodan czy SDRE. Reszta to po prostu piosenki. Oczywiście, „po prostu piosenki” nie są w rzeczy samej melodyjnymi potupajkami, ale bardzo dobrze wykonanymi ukłonami (bez taniego umizgiwania się) w stronę absolutnego olimpu amerykańskiej (i nie tylko) alternatywy. Bo raczej nikomu nie umkną wpływy Sonic Youth z okresu „Dirty’ w „1st of March on Emilii Plater St” czy dinosaurowa melancholia w „Canvas”. Czasami klisze są może i dosadne, bo chyba nie tylko ja słyszę w basowym wejściu do „Medicine” rękę Roba Wrighta, prawda? No i jest oczywiście noise w „Dogville” plus szczypta transu w „Mourning”.

Cóż, musiałem sobie pofolgować, jednak wszystkie te skrawki wspomnień układają się w spójnie brzmiącą, doskonałą muzykę, która z każdym kolejnym podejściem coraz lepiej smakuje. Macie dość porównań? Ok, to po prostu rockowe i całkiem chwytliwe hałasy w dobrym stylu.

Arek Lerch

Zdjęcie: Wojtek Kocur