BARONESS – Yellow&Green (Relapse)

Jest takie powiedzenie, które brzmi „Niech nawet mówią źle, byleby mówili…”.  W jego kontekście zupełnie inaczej słucha się najnowszej, trzeciej produkcji Baroness. To płyta, która bardzo szybko dorobi się fanatycznych zwolenników (np. niżej podpisany) i rzeszy malkontentów, którzy odsądzą zespół od czci i wiary. Dlaczego? O tym poniżej.

Od samego początku Baroness był postrzegany jako następcy Mastodon, którzy zdezerterowali z Relapse. Podobne było podejście do dźwięków, podobna erudycja i wrażliwość. Dwie płyty, odpowiednio Czerwona i Niebieska, ugruntowały pozycję i wprawiły w błogi letarg fanów. Do teraz. Bo też „Yellow&Green” ma być tak dla zespołu jak i dla ludzi po drugiej stronie barierki mocnym haustem zimnego powietrza czy innej substancji, pobudzającej do życia. Albo kopem w cohones…  Jeśli ktoś myśli, że John z kolegami postanowili – że tak to ujmę kolokwialnie – przypieprzyć, może zaliczyć herc atak w pierwszym podejściu. Lider zespołu miał ponoć bardzo dobry miniony rok, dlatego zamiast tradycyjnej agresji, w muzyce słyszymy raczej błogie rozleniwienie. W odstawkę poszły nerwowe chorusy, zmiany tematów i ostre, z pogranicza stoner’a czy sludge riffy. Osiemnaście utworów, składających się na ten dwupłytowy album to w połowie przynajmniej poszukiwania rodem z „III” LedZepp. Pełne, akustyczne brzmienia, lekko folkowy a może psychodeliczny klimat i perkusja bijąca leniwe rytmy. Zresztą, praca sekcji to jedna z większych zmian; zamiast ostrego werblowania i napędzania muzyki, snuje się miejscami niczym malkontent z tyłu peletonu, czekając wręcz, co tam gitary podpowiedzą. A że te ostatnie są raczej samolubne, to w kilku utworach dosłownie zabrakło dla bębnów miejsca („Twinkler”, „If I Forget Thee, Lowcounty”, „Stretchmarker”). A to ci heca…

W pozostałych kawałkach wcale nie jest lepiej. Czasami usłyszycie tu Radiohead („Psalms Alive”), gdzie indziej echa lat 70 – tych („Mtns”), gdzieś przemknie pinkfloyd’owy jazzik („Green Theme”) i nawet te mocniejsze kawałki, jak singlowy „Take My Bones Away” bardziej skłaniają się w stronę radiowej piosenki niż niekomercyjnego, alternatywnego hałasu.

Kolejna sprawa to eksperyment. Baroness zanurzają się w dziwacznych brzmieniach, testując możliwości studia a także wytrzymałość fanów („Little Things” to stoner-disco, rubasznie tańczące w parze z Tankianem…). Matko przenajświętsza, a gdzie nasz stary dobry Baroness?!! – już słyszę takie zawodzenia. Ano, jest… wszędzie. W każdym dźwięku, w każdej, GENIALNEJ minucie! A że minut jest aż 72, można „Yellow&Green” pokochać miłością patologiczną albo znienawidzić do krwi. Trzeba przyznać, że zespół postanowił zaszaleć i zrealizować słowa Johna, w myśl których grają dla siebie. Otwarci zatem muszą być przede wszystkim fani, bo zamiast nawalanki jest refleksja, zamiast przesteru, wszędobylskie gitary akustyczne, ewentualnie jakieś elektroniczne plumkania.

Oczywiście, znajdzie się tu także kilka mocniejszych elementów, jednak albo są dość nietypowe, albo potrafią wprawić w osłupienie, tak jak „The Line Between”, który to song zaczyna się obiecująco agresywnie, by po chwili łomotu, niespodziewanie złagodnieć i rozlać akustyczną plamą w uszach. Prawdę powiedziawszy, to właśnie te spokojne, lekko zamglone utwory stanowią o sile płyty. Dla niżej podpisanego hitem jest przepiękny „Cocainium”, klimatem zbliżający się do Led Zeppelin, który dopiero co opuścił klinikę odwykową i chce wszystkim wyznawać miłość a także podniosły „Back Were I Belong”.

Czy to jeszcze Baroness? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Wiem za to, że współczesna muzyka, nawet jeśli przyjąć, że bez nachalnego grzebania w śmietniku sprzed trzech dekad, nie miałaby racji bytu, ma szansę przeżycia właśnie dzięki takim, wielkim artystom jak bohaterowie niniejszej recenzji. Artystom, którzy nie boją się zmian, eksperymentów, zaskoczeń i … niechęci słuchaczy. Grają we własnej lidze i zawieszają poprzeczkę bardzo wysoko. To dla was grają, choć głównie dla siebie. Chcecie hałasu, takiego przewidywalnego? Kupcie sobie Motörhead…

 

Arek Lerch