ANNA VON HAUSSWOLFF – Dead Magic (City Slang/Sonic)

Czasami zaskoczenie przychodzi z najbardziej nieoczekiwanego kierunku. Dostajesz jakąś płytę, na którą wcale nie czekałeś, odpalasz, ot tak, z dziennikarskiego obowiązku i… bum! Moment olśnienia, że oto masz do czynienia z płytą wyjątkową a nie kolejnym, bezimiennym krążkiem, który przepadnie w promocyjnym tumulcie. Jest w nim coś, czego nie potrafisz nazwać, ale jakimś trafem płyta nie wychodzi z odtwarzacza przez długie tygodnie. Takim dziełem (tak, to właściwe słowo…) jest „Dead Magic”.

Anna von Hausswolff to nie anonimowa dziewczynka, stoi za nią artystyczna rodzina, na czele z ojcem, Carlem Michaelem von Hausswolff, światowej sławy mistrzem muzyki elektronicznej. Anna też studiowała muzykę, ale i architekturę, pierwsze kompozycje zaczęła nagrywać w 2008 rok, a „Dead Magic” to jej czwarta, autorska płyta. Płyta, za którą stoją demony, otchłanie, przez które na nasz świat łypie zły. Pamiętam, że podobne odczucia miałem, kiedy pierwszy raz posłuchałem „Litanies of Satan” Diamandy Galás i podczas pierwszej konfrontacji z „Holy Money” Swans. Nie bez powodu przywołuję tych wykonawców, bo w głosie Anny jest ten mrok, podbudowany przez muzykę wyjątkową w swojej prostocie i wyrazistości. Cały koncept oparty został na brzmieniu wielkich organów znajdujących się w kopenhaskim kościele Marmor Kirken. Za brzmienie i zapewne duch płyty odpowiadał Randall Dunn, czyli mamy komplet, który MUSIAŁ stworzyć coś takiego. Płytę, która w zasadzie zawiera bardzo mało dźwięków, jest w sumie prosta, ale tak sugestywna, że paraliżuje mózg niczym najlepsza neurotoksyna…Anna

„Weź los człowieka, cienką, patetyczną linię, która zakreśla nieskończoną i nieznaną ciszę. Właśnie w tej ciszy, tylko w wyobraźni i nieznanym ośrodku, rodzą się legendy. Niestety! Dlatego w naszych czasach nie ma legend. Nasz czas to czas pozbawiony ciszy i tajemnic; pod ich nieobecność żadna legenda nie może wzrosnąć.” (Walter Ljungquist)

Tym cytatem starego, szwedzkiego poety Anna reklamuje „Dead Magic” i jest to bardzo trafny tekst, bo faktycznie, coraz rzadziej trafiają się krążki, które zawierają tajemnicę. Otwierając wrota tej płyty, przekraczamy jakąś barierę za sprawą majestatycznego bluesa „The Truth The Glow The Fall”, wkraczamy w mętny świat duchów. Dwunastominutowy song majestatycznie przetacza się przez łeb i już wiadomo, że uwolnić będzie się trudno. Anna intuicyjnie, z niesamowitym wyczuciem rozpina pomost między organowym, uduchowionym oratorium a ognistą, rozdzierającą skargą. Napięcie jest tu głównym budulcem i w konstruowaniu takiego zawiesistego, ocierającego się o szaleństwo klimatu (Gira po usłyszeniu „The Mysterious  Vanishing of Electra” poczuje się stary i niepotrzebny) pani Hausswolff jest większą mistrzynią niż chwalona tu i ówdzie koleżanka po fachu Amalie Bruun. Byłbym jednak niesprawiedliwy nie wspominając o pozostałych muzykantach z naciskiem na perkusistę Ulrika Ordiga, bo dyskretnie ale ze smakiem odwalają kawał szaleńczej roboty.

Dopiero po wysłuchaniu całości, dociera do człowieka, jak doskonale jest to wszystko skonstruowane, jak niesamowicie przebiegają wszystkie wektory, łączące różne wpływy i jak mało potrzeba, żeby stworzyć dzieło równie podniosłe, co ocierające się o wulgarny, heretycki obrządek wykonywany w dodatku na klasycznym dla chrześcijaństwa instrumencie. I ten wagnerowski klimat cały czas owija się ciarami wokół kręgosłupa. Zatapiamy się w sięgającym gdzieś do połowy mrocznych lat 80. „Ugly and Vengeful”, klęczymy przy organowym oratorium „The Marble Eye” i oczyszczamy przy finałowej, ściskającej za gardło balladzie „Källans återuppståndelse“. Koniec płyty. Niestety, „coś“ w nas zostaje…

Arek Lerch