ANIMA DAMNATA – Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast (Godz ov War/Malignant Voices)

Niezależnie od bardzo dobrej muzyki, zawsze lubiłem „folklorystyczny” aspekt działalności Anima Damnata. Te piętnaście lat temu było jednak całkiem „grzecznie” – muzycy przynudzali w wywiadach, na topie był black metal, wciąż zapatrzony we własny mistyczny artyzm, sandalarski goregrind i z metra cięty death metal zespołów uważających, by nikomu nie wadzić. Wrocławianie w maskach-pegazkach wbijali się w to chamskim butem, pyskując na lewo i prawo, uprawiając w wywiadach uroczo zabawną oralno-fekalną napinkę i opowiadając wszędzie o Beherit i Blasphemy, choć wcale nie brzmieli jak jedno ani drugie. Dziś już bawi mnie to mniej, ale cieszę się, że Anima Damnata wraca z wartością, przynajmniej dla mnie, dużo ważniejszą – swoim najlepszym materiałem.

Z dorobku Anima Damnata niżej podpisany najwyżej ceni sobie demo „Suicidal Allegiance upon the Sacrificial Altar of Sublime Evil and Eternal Sin”, które na swój czas było nieomalże objawieniem. Nie brnąc ani w tendencyjne retro-patataje, ani w brutal-bulgoty, Anima Damnata była gdzieś pomiędzy nimi, łupiąc nawiedzony nowojorski death metal ze świetnym piwnicznym brzmieniem. „Nefarious Seed…” brzmi jak ten sam zespół, który dorósł, obrósł w piórka (czy też gwoździe), potrafi się lepiej nagrać i zmiksować, ale zachował pierwotnego ducha, który wciąż tą muzyką zawiaduje. Z jednej strony słychać tu nerwową grę Roba Vigny, motorykę starego Sinister i precyzyjną dzicz pierwszej płyty Hate Eternal. Z drugiej, Anima Damnata nie gra technicznej popisówki i każdy ze stu riffów i miliona blastów na werblu jest służebny względem gęstego klimatu szaleństwa. Jasne, że brzmienie takie profesjonalne, że łatwo w tej gęstwinie wyłapać motywy zwyczajnie chwytliwe, że w tej ściśle gatunkowej muzyce jest nawet coś na kształt własnego stylu i że wywrzaskiwanie tytułu na koniec utworu to patent skuteczny wszędzie i zawsze. Ale takich deathmetalowych zespołów jest milion co roku, tym bardziej, że dziś każdego stać na nagranie się w przyzwoitym studio. Po co więc Anima Damnata w 2017?band

…spieszę z odpowiedzią. Otóż słucham „Nefarious Seed….” i tak sobie myślę, że może jednak coś jest na rzeczy z tym Beherit i Blasphemy. Nie w sensie złożoności kompozycji czy liczby dźwięków, bo to tylko nadbudowa. Bazą jest metal gotowany w tym samym garze smoły, w którym warzono nie tylko „Fallen Angel of Doom” i „Drawing Down the Moon”, ale też „Dawn of Possession”, „Seven Churches” i „Triumph. Genocide. Antichrist”. W pewnym sensie cały tzw. rozwój death metalu to tak naprawdę przyspieszanie i zwalnianie, więcej efektów, mniej triggera, nakładki tu albo tam, więcej reverbu i wokal niższy albo wyższy, itd., itp. Nuty, dźwięki, sesje zdjęciowe w brudnej piwnicy, to wszystko jest bardzo ważne, za nimi stoi przemożna chęć puszczenia świata z dymem – jedna i niezmienna od zarania gatunku. Tę nie do końca definiowalną, acz bezcenną wartość „Nefarious Seed…” dowozi całymi kontyngentami.

Bartosz Cieślak