ALPHA STRATEGY – The Gurgler (Antena Krzyku)

Odwieczny dylemat pt. „nagradzać perfekcyjnych naśladowców czy niedoskonałych wizjonerów” zostaje rozwikłany wraz z premierą płyty „The Gurgler” Alpha Strategy. Bo zespół Alpha Strategy swoje naśladownictwo doprowadził do perfekcji, wspinając się na niedostępny dla maluczkich poziom, pokazując, że grupa rekonstrukcyjna może być także wizjonerska. Niemożliwe?

Ależ jak najbardziej tak, trzeba tylko determinacji, iskry z nieba (a może raczej talentu) i paru dobrych zbiegów okoliczności, którym zresztą można pomóc, np. wybierając odpowiednie miejsce do nagrań, gdzie własną, ukształtowaną wizję odda się w ręce szaleńca za konsoletą. Wszystko to udało się Kanadyjczykom z Alpha Strategy – przyznam, że dotychczas nie miałem z nimi do czynienia i tym samym zaliczyłem bardzo miłą niespodziankę. Rozpocznijmy może od samej muzyki. Długo, czy krótko? Ok, krótko – The Jesus Lizard spotyka Laughing Hyenas spotyka The Birthday Party spotyka Shellac. I chyba wszystko jasne; trujący, bagienny wyziew późnego Przyjęcia Urodzinowego (gdzieś z poziomu „Mutiny/Bad Seed”) zaaranżowany w duszny, minimalistyczny sposób, pamiętający jaszczurkowy „Goat”. Zespół dokładnie wie, jak dawkować dźwięki – momentami jest kurewsko oszczędnie, gitara się zamyka, to znowu eksploduje zduszonymi frazami. Nie ma wątpliwości, że korzenną podstawą jest blues, przefiltrowany przez wczesnogotycki mrok, demony wyzierają z każdej nuty. Aranże tych numerów to mistrzostwo, finezja miesza się z prymitywizmem, plemienne bębny napędzane są bulgoczącym, głębokim basem, zaś wokalista to zupełnie osobny rozdział – jest opętany, choć może faktycznie momentami zbyt manieryczny, „kojarzący się”, ale robi swoją robotę zawodowo i wystarczająco sugestywnie, by przekonać do swoich opowieści.

Ale tego wszystkiego nie byłoby bez ręki realizatora. I tu ponownie zespół wykazał się intuicją, powierzając swoją muzykę panu Albiniemu, który idealnie wyczuł intencje muzyków, w Electrical Audio ubierając utwory w swoje najlepsze, firmowe brzmienie. Kojarzycie „At Action Park” i te rozpierdalające bębny? To dudnienie basu i gitarowy skrzek? Tu jest podobnie: czuć smród sali prób, widać krew na naciągach; wszystko huczy, przytłacza i atakuje tak potworną energią, że człowiek traci podczas słuchania płyty dech. W dodatku mastering powierzył swojemu koledze z Shellac, Bobowi Westonowi co dopełnia brzmieniowego, surowego zniszczenia.2018-alphastrategy-03

I tu muszę dodać, że tak jak napisałem we wstępie, nie ma tu jednej, oryginalnej nuty, zespół nie wymyśla niczego nowego, jedynie perfekcyjnie odnosi się do przeszłości, trawi ją, ale jednocześnie robi to z takim polotem, z taką dawką autentyzmu i świeżości, że jestem w stanie uwierzyć w to, że żyją taką muzyką, mieszkają razem w jakimś obskurnym mieszkaniu, żrą tanie zupki z marketu, piją kradzioną wódkę a potem zamykają swoje frustracje i wściekłość w perfekcyjnie wymierzonych, dźwiękowych ciosach. Wiem, wiem, jestem naiwny, ale co mi tam. „Pissed out the Fire” to mój wakacyjny hit, zaś płyta „The Gurgler” jest cholernie i nieoryginalnie doskonała.

Arek Lerch

Zdjęcie: Adam Currie