ALGIERS – There Is No Year (Matador/Sonic)

Nowa płyta Algiers to już promocyjny sztos, będący słuszną odpowiedzią na morderczą pracę zespołu. Opłaciło się i z ciekawostki na pierwszej płycie i świetnym rozwinięciu na następnym krążku, zmienił się w jeden z bardziej pożądanych alternatywnych aktów na świecie, mimo, że wcale nie popracował nad przystępnością swojej muzyki i raczej stadionów nie wyprzeda. Nowa płyta potwierdza niezależność zespołu. Tu nie ma kompromisu, jest konsekwentnie obrany kurs, dzięki któremu Algiers nadal zwinnie unika zaszufladkowania, mami i drażni, ale też całkiem poważnie komentuje świat. Czego chcieć więcej.

W przypadku tego zespołu największą zagadką była zawsze stylistyka w jakiej się porusza. Zderzenie muzyki z płyty z wersjami koncertowymi, rozrywki, jaką przecież rock jest z poważnym przesłaniem, luzacki, niemal punkowy look i kreacja, z jaką do swojej działalności podchodzi zespół  – to wszystko teoretycznie się ze sobą gryzie a w praktyce okazuje się być oczywistością. Na tym pewnie polega talent i coś, co nazwałbym pokrewieństwem dusz – dzięki temu nie stają się grupą jednej, sensacyjnej płyty i spokojnie budują własny świat. Nie, w zasadzie on jest już zbudowany a każdy kolejny materiał to jedynie jakaś cegiełka dokładana do tego gotowego wizerunku. Algiers mają talent do syntezy bardzo różnych elementów, które teoretycznie sprzeczne, w muzyce kwartetu zlewają się w idealną całość. Zespół bawi się z elektroniką, deformuje post punka, bawi się w disco, ale kiedy trzeba potrafi doskonale sparafrazować post industrialną zgrzytliwość. Jest jednocześnie nowa płyta najbardziej ułożoną brzmieniowo opowieścią, wszystko brzmi klarownie, zdałoby się, że nawet zbyt syntetycznie, ale jednocześnie czuć w tym intensywność, nieustanne napięcie. Trzeba przy tym troszeczkę podłubać, wgryźć w poszczególne warstwy, by rozsmakować się w ich koncepcji.
190520_0120_ALGIERS_090_BWCo mnie najbardziej rozbawiło podczas lektury płyty? Może fakt, że materiał brzmi niczym mokry sen Depeche Mode. Przecież część z tych numerów to marzenie Gore’a i kolegów, jeśli oczywiście chcieliby wyjść ze swojej wygodnej niszy i zacząć krzyczeć na świat. Ale zaraz – wiadomo, Depesze pozostaną tam gdzie są bo im wygodnie, a Algiers operował będzie w średniej wielkości klubach. Co nie zmienia faktu, że „There Is No Year” to kawałek, który mógłby ozdobić którąś z późnych płyt Brytyjczyków. Podobne zresztą wrażenie robi „Hour of the Furnaces” ubrany w gotycko-transowe ciuchy. Sporo tu grania na niemalże sterydach (napięty „Dispossession”), elektro – industrialu („Chaka”), no i oczywiście żarliwej, soulowej narracji Fishera – tu kłaniają się „Wait for the Sound”, podniosły gospel „Nothing Boomed”, czy duszący się z nadmiaru emocji „We Can’t Be Found”. W zasadzie w każdym numerze można znaleźć masę sprzeczności; aż dziw, że to wszystko trzyma się kupy. Zakładam, że zaprawą, która wszystko spaja jest umiejętnie dozowana elektronika, która wygładza i dodaje muzyce klarowności. Inna sprawa to przekora zespołu, która każe im cały czas eksperymentować z własnym wizerunkiem. Tym ciekawszy w takim kontekście jest koniec  płyty czyli wściekły, brutalny wręcz punkowy cios „Void”. Nie wiem, czy traktować ten numer jako kaprys czy może jest on proroczy/symboliczny i zwiastujący nowy kierunek w jakim chcą podążać muzykanci?

Być może kogoś zaskoczę, ale wcale nie było mi z tą płytą łatwo. W zasadzie dopiero teraz, po jakimś czasie, zaczynam się do niej przyzwyczajać i odkrywać tzw. ponadczasowość, ukryty geniusz i swoistą koncepcyjność. Algiers to zespół naszych czasów; kiedyś zastanawiałem się, czy wokalista aby nie chciał podpisać paktu diabłem, żeby wykrzykiwać te swoje bluesy. Dzisiaj nie ma diabła a pola bawełny zamieniły się w brudne, miejskie zaułki i zadymione kluby. Idźcie tam.

Arek Lerch