ALGIERS – The Underside of Power (Matador/Sonic)

Algiers powraca znienacka, dzierżąc w łapach nowy krążek. Biorę głęboki oddech, bo zapomniałem już o emocjach, jakie towarzyszyły mi podczas lektury ich debiutu, przypominam sobie tamte chwile, wchodząc powoli w nowy materiał. Jest dobrze. Jest inaczej. Jest Algiers. Jest rewolucja. Ulga…

Kiedy pisałem o poprzednim krążku tej ekipy, wspomniałem o cyrografie, jaki ponoć podpisał Robert Johnson z diabłem, chcąc grać te swoje piekielne bluesy. Algiers zastanawiali się nad takim krokiem, ale kiedy okazało się, że i bez tego dają radę, zapomnieli o rogatym i zaczęli tęsknie spozierać w stronę salonów. I taka jest właśnie nowa płyta. Z zachowaniem wszystkich najważniejszych cech zespołu, bardziej artystyczna (gdyby nie logo na okładce, pomyślałbym, że to krążek Stinga…), może troszkę wygładzona, oczywiście, dopóki do głosu nie dochodzi wokalista, który nadal ma w gardle złość i nadal spala się, przekazując treści dalekie od popowej miałkości. Zmianom uległy aranżacyjne niuanse; wszystko jest lepiej poukładane, można powiedzieć logiczniejsze, choć nadal najważniejsze jest duże nasycenie emocjonalne i napięcie, które powoduje, że  słuchając płyty czujemy niepokój.Algiers

Na pewno nie zmieniła się skarbnica, z której Algiers czerpią inspiracje. Synth popowy korzeń jest zainfekowany hip – hopowymi samplami, electro przeplatane noisem, soulowa żarliwość podszyta wściekłością. Zniekształcony pop zmienia się w post punkowy wpierdol a hałas w ponure, ambientowe przestrzenie (i tu od razu polecam „Bury Me Standing”). Walący po głowie eklektyzm jest sprytnie zaaranżowany, tak, żeby powstała zgrabna, jednorodna mieszanka. I jest to udany zabieg – w pierwszym momencie wydawało mi się, że płyta jest zbyt syntetyczna i trochę „ugłaskana”. Kolejne seanse przekonały mnie, że to tylko szlif, który nie jest w stanie ukryć szaleństwa, czającego się pod pozornie gładką powierzchnią. W dodatku, kiedy trzeba, panowie potrafią skonstruować niezły hicior (wałek tytułowy) a zaraz potem zatopić się w szamańskie transe („Death March”), by w końcu wylądować gdzieś w okolicach mechanicznego noise’a („Animals”). Potrafią też być tajemniczo liryczni, czego najlepszym przykładem jest ubrany niemal we frak „A Hymn  for An Average Man”.

W ten sposób powstała płyta głębsza i bogatsza aranżacyjnie od debiutu. Wieloznaczność tego materiału świadczy nie tyle o aspiracjach Algiers, co o ich erudycji, którą trzymają jednak w ryzach, nie opuszczając do powstania czegoś w rodzaju „płyty – przechwałki”; „The Underside of Power” to  konsekwencja, równowaga i wielobarwność w służbie żarliwej myśli rewolucyjnej. Wiadomo, jest utopia, ale przecież takie rzeczy nadal robią wrażenie. I może gdzieś tam poruszą ukrytą, zbuntowaną część naszej natury…

Arek Lerch