ALCEST – Kodama (Prophecy Productions)

Czy naiwność w muzyce to dobra cecha? Takie pytanie przyszło mi na myśl, kiedy poczytałem trochę o całej filozofii, kryjącej się za nowym albumem Alcest. Albumem bardzo dobrym, być może nawet najlepszym w historii zespołu, opartym na fundamencie walki natury z ludzką myślą techniczną i budowlaną. Kto wygra? Pytanie dość głupie. Wiadomo, że człowiek. Ten sam, który potrafi stworzyć takie piękne dzieła jak „Kodama”…

Kto choć trochę liznął historię Alcest, wie o  co chodzi.  Black metalowa zbroja została wyrzucona w kąt dawno temu a modyfikacje stylu doprowadziły zespół do płyty Shelter, która jest niczym innym jak apoteozą współczesnego szugejzu, mglistego, romantycznego i miękkiego niczym puchowa poduszka. Tak, brakuje arogancji, ale nie można odmówić zespołowi żelaznej konsekwencji. Choć z drugiej strony, najnowsze dzieło pokazuje, że – jak mówi przysłowie – ciągnie koza do woza. Bo na „Kodama” pojawia się wyraźny, sentymentalny element w postaci wyraźnego ukłonu w stronę metalu. Być może dlatego nowe dzieło wydaje się być najbardziej kompleksowym, przemyślanym i piekielnie zrównoważonym produktem tej załogi.alcest_promo_2016_00033_web

Przede wszystkim – nie ma nudy. Przyznaję, że dobra poprzednia płyta jednak momentami troszkę nużyła tym ciągłym błądzeniem we mgle. „Kodama” dostarcza zdecydowanie większej huśtawki aranżacyjnej. Zespół postanowił do już wypracowanej formuły dolać trochę smoły i te kontrasty chyba najlepiej obrazują liryczny kontekst walki natury z zaborczą cywilizacją. Jak mniemam, spokojniejsze fragmenty symbolizują właśnie owe zwierzaczki i kwiatki. I choć wiadomo, że w realnym świecie wygrywa ten zły, to w muzyce Alcest wcale nie jest to takie oczywiste. Powiedziałbym raczej, że mamy remis – elementy szugejzowe, które w sumie dominują, ustępują w kilku miejscach pola nieco gęstszym strukturom, które są nawet napędzane blastami. Z jednej strony jest to zaskoczenie, z drugiej ciekawe urozmaicenie, jednocześnie kierujące skojarzenia w stronę post metalu. W każdym razie – udało się muzykom osiągnąć nirwanę. Na zachętę kilka przykładów: wałek tytułowy z nadmuchaną atmosferą i fajnymi, gitarowymi szorstkościami sąsiaduje z napakowanymi szybkimi rytmami „Eclosion” czy „Oiseaux de proie”. Zespół trzyma rękę na pulsie, stąd pewnie modne tu i ówdzie (jeszcze …) drony w „Onyx”. Rytm jest bardziej zaznaczony, jednak grupa nadal – na szczęście – nie rezygnuje z transowej otoczki, przez co muzyka – choć dużo bardziej zróżnicowana – pięknie nam płynie. Nie popadając w zbytnią egzaltację – Alcest dał radę, tworząc bodajże najlepszy krążek w swojej karierze. Brawo za całokształt i konsekwencję w budowaniu wizerunku.

Arek Lerch