ALAMEDA 4 – Czarna Woda (Instant Classic/Milieu L’Acephale)

Muzyczna przestrzeń ochrzczona mianem Alamedy stała się w ostatnich latach platformą przekazywania różnych treści przez grono oddanych sprawie muzykantów, głównie pod wodzą Kuby Ziołka. Trzeba przyznać, że widzę w tym casus garniturów Einsteina – zamiast tracić czas na wymyślanie kolejnych szyldów, tworzona jest muzyka, w zależności od sytuacji, elektryczna, akustyczna czy elektroniczna, a do tej samej nazwy dodajemy jedynie kolejną cyferkę. Cechą wspólną jest zawsze wysoka jakość przekazywanych treści.

Co nie znaczy, że zawsze tak samo entuzjastycznie przyjmowanych – sam do dzisiaj mam lekki zgryz z Alameda Duo, z kolei tu i ówdzie słyszę, że moja ulubiona odsłona, czyli „Duch Tornada” Alamedy 5 uznawana jest za formę nieco przerośniętą. Niedługo znowu rozpoczną się na ten temat spory, bo A5 już anonsuje za sprawą opisywanej już u nas ep-ki kolejną dużą płytę, zaś dzisiaj zajmiemy się alamedowym wcieleniem oznaczonym numerem 4.

Zaskoczyła mnie „Czarna woda”, tego nie ukrywam. Chciałbym napisać, że Kuba odreagował w ten sposób prace nad nieprzystępną w sumie płytą „The Luminous Guitar Craft”, gdyby nie fakt, że proces komponowania „Czarnej wody” sięga paru lat wstecz. Zatem, równolegle prowadzone światy, tak bardzo się od siebie różniące. Choć może nie do końca. Jeśli ktoś jest zaznajomiony z mistycznym klimatem Starej Rzeki, zna fascynacje bydgoskiej, muzycznej komuny, ten bez problemu odnajdzie się w dźwiękowych meandrach tej płyty. „Czarna woda” za sprawą pełnego instrumentarium, wyraźnie ciążącego – a jednak – ku rockowej ekspresji, staje się jedną z ważniejszych wypowiedzi Alamedy; potężne brzmienie, aranżacyjny rozmach, pięknie korespondują z zaklętymi w gitarowych ścieżkach fascynacjami muzyką arabską (oczywiście, Kuba…), doskonale wyważona sekcja rytmiczna trzyma całość w ryzach, pozwalając muzyce wybrzmiewać w nieskończoność. Już, już chciałbym użyć wyświechtanego słowa „improwizacja”, gdyby nie zapewnienia twórców, jakoby całość była od początku do końca dokładnie zaaranżowana. Jeśli tak, to biję głową o podłogę – stopniowanie napięcia, perfekcyjne zagęszczanie atmosfery a jednocześnie umiejętność tego firmowego „zawieszania się” na pojedynczym dźwięku to sztuka, którą mało który zespół jest w stanie opanować. a4_ogrod_1

Oczywiście, w przypadku „Czarnej wody” nie sposób jednak uniknąć piekła porównań – w tych bardziej noise’owych momentach zaskakują skojarzenia ze starym dobrym Krzycz („Colfax”), w tych przestrzennych i transowych kłania się – oczywiście – spuścizna Swans. Wszystko jest jednak nasycone jedyną w swoim rodzaju manierą kompozytorską Kuby, który przemyca w swoich harmoniach wspomniane fascynacje muzyką arabską, skrzyżowaną z tym swojskim, folkowym klimatem. W kilku miejscach aż się roześmiałem, bo w wyobraźni na te orientalizujące, zapętlone gitarowe skale nałożyłem wyimaginowane, kurpiowskie melodie i wszystko świetnie się uzupełniało. Ach, ta potęga naszego mózgu… Kluczowe momenty? „Air Hitam” z przepiękną, ekstatyczną melodią i najdłuższy, kończący płytę „Qustar”, który stopniowo pęcznieje, zalewając nas skoordynowanym, transowym hałaśliwym przybojem. Nie wiem czy to aby nie najdoskonalsze kompozycje, które ukazały się pod alamedowym szyldem. Na dzisiaj mówię – tak – ale czekam jednocześnie na całą płytę A5. Szykuje się fascynujący pojedynek.

Arek Lerch

Zdjęcie: Paweł Kuligowski