content top

STONERROR – Psychodeliczny stonerpunk i Stary Testament

STONERROR – Psychodeliczny stonerpunk i Stary Testament

Jeśli chodzi o pustynne, około – psychodeliczne klimaty, Kraków nadal jest w cieniu Wrocławia, Warszawy czy Trójmiasta (być może przez to, że – jak śpiewał Maleńczuk – „trochę śmierdzi”). Zespołów pojawia się jednak coraz więcej, a jednym z nich jest założony w roku ubiegłym Stonerror, którego debiutancką ep-kę wydał sam Maciej Cieślak – lider legendarnej Ścianki. Potrzeba jeszcze jakichś rekomendacji? O Iggym Popie, Starym Testamencie, przeszłości i przyszłości Stonerror oraz kilku innych sprawach rozmawiam z basistą zespołu, Jackiem Malczewskim.

Więcej

IHSAHN – Arktis. (Candelight Records)

IHSAHN – Arktis. (Candelight Records)

Dzień, w którym umarł Cesarz dla wielu ortodoksyjnych fanów black metalu był końcem pewnej epoki. Kresem czasu gdy black metal był rzeczywiście sztuką czarną jak smoła. Oczywiście, w miejscu tym mogą pojawić się głosy, że ostatnie lata Cesarza to coraz więcej poszukiwań i coraz mniej pierwotnego stylu, ale osobiście uważam, że wszystko co wyszło spod jego rąk było po prostu wartościowe. Mimo tego, że wspomniany bywał przywracany do życia, nigdy już tak naprawdę nie odzyskał pełni sił. Wkład Emperora w historię i to jak dziś wygląda black metal jest nie do przecenienia, tyle, że moim skromnym zdaniem dobrze, że zespół rozpadł się w chwili gdy miał jeszcze coś do powiedzenia. A późniejsze próby ożywienia Cesarza nie skończyły się dużą, wymuszoną płytą, która zniszczyłaby legendę. Samoth, Faust i Ihsahn po zakończeniu działalności pod kultowym szyldem, nie czekali długo i zaczęli jeden po drugim wypluwać na świat kolejne projekty. Lepsze i gorsze. W moim odczuciu na największą uwagę z post-emperorowych tworów cały czas zasługuje solowy projekt Ihsahna, a nowy album tylko potwierdza tę tezę. Umarł Cesarz – niech żyje Król!

Więcej

YORKSTON/THORNE/KHAN – Everything Sacred (Domino)

YORKSTON/THORNE/KHAN – Everything Sacred (Domino)

Podobnie jak 99 procent osób, które nie skończyły szkoły muzycznej, ledwo odróżniam gitarę od perkusji, a flet poprzeczny kojarzy mi się jedynie z niewybrednymi żartami. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy sięgnąłem po nową płytę tria Yorkston/Thorne/Khan i usłyszałem… no, na początku to sam nie wiedziałem co, ale owym nie-wiadomo-czym okazało się być sarangi, czyli tradycyjny indyjski instrument. Brzmi on nietypowo – przypomina nieco wysoki, kobiecy głos i przypuszczam, że bywa irytujący, ale na „Everything Sacred”, mówiąc kolokwialnie, robi różnicę.

Więcej

KVELERTAK – Nattesferd (Roadrunner)

KVELERTAK – Nattesferd (Roadrunner)

Są zespoły i zwierzęta. Zespoły to takie twory, co działają planowo, rozwijają się i po pewnym czasie przyzwyczajamy się do tego, czego możemy się po nich spodziewać. Zwierzeta są dzikie, nieokiełznane i zawsze nas zaskoczą. Choć czasami zdarza się, że potrafią w zadziwiający sposób komibować ze swoją muzyką i zdrowiem słuchaczy. Taki jest Kvelertak. Za sprawą debiutu wbił się z hukiem na muzyczną scenę, przemodelował sposób koncertowej prezentacji (czytaj – pokazał jak można demolować sceny), drugą płytą Meir utwierdził poczucie równowagi między muzyką a dziczą przedstawianą na żywo. Zagrał parę doskonale przyjętych koncertów i… No właśnie. Dzisiaj z niepokojem spoglądam w stronę zespołu, bo nie wiedzieć czemu, muzykanci postanowili – dojrzeć, wydorośleć, ustatkować się i pokazać, że artystami dobrymi są. No i pograć sobie na fest, skutkiem czego mamy na nowej płycie kawałki i pięcio i dziewięciominutowe. Co, niestety, nie przekłada się na konkret. Nie wiem, co chcieli osiągnąć, ale nowa płyta jest dziełem, które w żaden sposób nie pokazuje szaleństwa tego składu, brakuje ikry i czegoś, co nazywane jest tu i ówdzie górnolotnie pierdolnięciem. Płyta się po prostu (nie sądziłem, że kiedyś tak o tym zespole napiszę…) snuje – numery miałyby sens gdyby je poskracać i to radykalnie. Niestety, Kveertak strzelił sobie jeśli nie w stopę, to przynajmniej w mały palec u nogi, bo „Nattesferd” portretuje zespół na wyraźnym rozdrożu – rozumiem, że chcą się zmieniać, że może już się „wyimprezowali”, ale można było ową dojrzałość i szaleństwo połączyć. Co nie znaczy, że ta płyta jest zła, bo ma parę błyszczących punktów, prezentuje ten specyficzny, rock’n’rollowo – skandynawski sznyt, ale jako całość, kompletny i zamknięty materiał, nie przekonuje. I o tym będzie poniższa, krótka dyskusja…

Więcej

DEFTONES – Gore (Warner)

DEFTONES – Gore (Warner)

Czy Deftones ważną załogą jest? Zapewne tak, bo w ciekawy sposób łączy różne światy muzyczne. Ten z zamierzchłych lat 90., kiedy metal paradował w zupełnie innych wdziankach i współczesną, poplątaną scenę muzyczną, gdzie chyba już nikt nie wie kto jest kim. W tej pierwszej odsłonie ekipa Chino Moreno była bożyszczem nowo – metalowców i wzbudzała wrogie odruchy „betonów”, dzisiaj jest uznaną marką, która… no właśnie: według niektórych kompletnie się zagubiła, inni uważają, że nagrywa płyty na solidnym, a może i wysokim poziomie. Dalego przedstawiamy tutaj dwie opinie – pierwsza w słowach Pawła Drabarka raczej z niekorzystnym werdyktem i druga – Adama Gościniaka – zdecydowanie bardziej łaskawa dla „Gore”, nowego dzieła zespołu. 

Więcej

SCHRÖTTERSBURG – Ciało (Extinction Records)

SCHRÖTTERSBURG – Ciało (Extinction Records)

Druga płyta płockiego Schröttersburg trafia idealnie w punkt. Eksplodujące lato: słońce, drzewa się zazieleniły. Wszystko rwie się do życia, ptaszki wznoszą trele. I na tle tego kiczowatego landszaftu „Ciało” jest zgrzytem równym płycie Cel i światło zespołu Wieże. Fabryk. Której, tak nawiasem, słuchałem w równie niesprzyjających okolicznościach. Schröttersburg to zima, wycofanie, chłodne powietrze, depresja na zmianę z wkurzeniem. To lata 80. przeflancowane do pstrokatego XXI wieku. Pozornie od czapy, ale jednak wszystko trzyma się kupy, pęcznieje i w końcu kiełkuje we łbie.

Więcej

MONS – Mons

MONS – Mons

Nie, nie, to nie leśny black metal albo atmosferyczny post coś tam, co może sugerować okładka. Mons nie wychodzą spomiędzy drzew i krzewów, raczej z wielkomiejskich blokowisk, razem z depresjami i przemyśleniami jej mieszkańców. Niewesołe rozkminki, melancholia w dźwiękowym opakowaniu solidnie zagranego, klasycznego w formie indie rocka.

Więcej

ZNANE PRZYJEMNOŚCI – Tribute to Joy Division

ZNANE PRZYJEMNOŚCI – Tribute to Joy Division

Nie będę owijał w bawełnę: pisanie relacji z koncertu uważam z grubsza za stratę czasu. Co komu po historii o wydarzeniu, którego nie miał okazji doświadczyć? Takie teksty sprawdzają się najlepiej, kiedy jakiś zespół jest właśnie w trasie, i jeżeli jesteś nim zainteresowany/-a i akurat za parę dni będzie on w twoim mieście, to może warto przeczytać, gdzie grali chwilę temu, i w jakiej są formie. Faktem jednak jest, że bywają wyjątki. Kiedy raz w roku ma miejsce cykliczna impreza i można posłuchać na żywca klasyków Joy Division, pisanie zaczyna mieć sens. Kiedy w kwietniu zeszłego roku widziałem The Shipyard grających kawałki legendy post-punka, byłem zachwycony. I nie inaczej było w miniony piątek.

Więcej

HEROES GET REMEMBERED – Blisko…

HEROES GET REMEMBERED – Blisko…

Sezon koncertowy, jak przystało na śmierdzącego lenia, rozpocząłem dopiero w maju, udając się na recital stołecznej (a w zasadzie podstołecznej…) załogi Heroes Get Remembered, która promuje świetny nowy krążek No Mirrors, No Friends. Liczyłem na dużo, dostałem prawie dużo. Choć i tak wracałem zadowolony, bo nie padał deszcz a letnia aura nastawiła mnie pozytywnie do ciężkiego przecież życia. Ale do rzeczy.

Więcej

RADIOHEAD – A Moon Shaped Pool (XL Recordings/Sonic Records)

RADIOHEAD – A Moon Shaped Pool (XL Recordings/Sonic Records)

Radiohead po raz kolejny zrobili słuchaczom psikusa. Bez zapowiedzi, po niemal całkowitej ciszy medialnej (choć fragmenty płyty były już znane z koncertów…), udostępnili kolejny album. Jak zwykle, najpierw w Internecie, na CD trzeba będzie poczekać do czerwca. I jak zwykle wsadzili kij w mrowisko. Ruszyła giełda: dobra płyta, zła płyta, nudna, zaskakująca, intelektualna, wkurzająca, zblazowana… I tak w kółko. Paradoks polega na tym, że w zasadzie każdy, kto na temat „A Moon Shaped Pool” się wypowiada ma… rację. Bo jest ten materiał dokładnie taki: w zasadzie nudny, ale to w gruncie rzeczy bardzo przyjemna nuda. Na pewno nie wywoła takiego szału jak „OK Computer”, ale ponownie pokazuje wielką erudycję zespołu, który ciągle ma swój lot, fascynacje i cały czas pozostaje dokładnie tam, gdzie chce być. Na uboczu, w swoim ukochanym, zacienionym miejscu, z którego wychodzi na świat tylko wtedy, kiedy sam tego chce. Dlatego nadal budzi emocje, bo chyba nigdy nie zdecydował się choćby na jeden, malutki ukłon w stronę publiczności. Takie myślenie obce jest ekipie Yorke’a; tu chodzi tylko i wyłącznie o samorealizację i tworzenie z czysto fizjologicznych pobudek. Nikt Radiohead do niczego nie jest w stanie zmusić. Ale jest i druga strona medalu, bo faktycznie, przez ten komfortowy oportunizm zespół zasklepia się w swoim punkcie widzenia współczesnej muzyki (nie użyję słowa rock…), przez co nie nawiązuje ze słuchaczem w zasadzie żadnego dialogu. Po prostu – albo lubimy te ich wyspiarskie zblazowanie i kupujemy w całości, albo wręcz odwrotnie. Choć ta polaryzacja opinii jeszcze bardziej podkreśla fakt wyjątkowości tego składu. Co z tego wynika? Czy Radiohead nagrał dobrą płytę? Poniżej wycinek dumania nad tą jakże frapującą kwestią…

Więcej
content top

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress